
Czyż to nie jest słodkie, że „Fashion Week” trwa tylko dwa dni, deskorolki wciąż są na topie, strony internetowe ciągle robi się na tabelkach, benzyna ma 91 oktanów, w radiu króluje taneczna rąbanina, a bestsellerem w księgarni mogą być „Przypadki Robinsona Crusoe”?
Nowa Zelandia to kraj maleńki i oddalony od reszty świata jak nieszczęście, nic więc dziwnego, że trąci nieco prowincją.
Londyn i wcześniejsze podróże po świecie nieco nas zepsuły i niewiele nas już dziwi – nie ruszają nas różne odcienie i kolory skóry, ani nawet fakt, że sklepy z dekoracjami bożonarodzeniowymi mogą być otwarte przez cały rok – są jednak rzeczy, które wciąż wywołują uśmiech na twarzy, a czasem nawet grymas zdziwienia.
Kraj jest tak mały, że gazety są bliżej czytelnika niż gdziekolwiek indziej. W Auckland dostępny jest tylko jeden ogólnonarodowy dziennik, do którego można zwrócić się z pytaniem – kiedy na jakiejś krzyżówce zaczną działać światła albo kamery, czy też kto zajmuje się wieszaniem flag w odpowiednich miejscach. Gazeta odpowiada na łamach, i to jest prawdziwe dziennikarstwo.
Poza tym sprawa produkcji „Hobbita” stała się przedmiotem ogólnonarodowej debaty. Sam premier negocjował z przedstawicielami Warner Bros, obiecując im nawet zmiany w prawie pracowniczym, żeby tylko wybrali Nową Zelandię. I wreszcie się udało.
Z decyzji Amerykanów cieszą się nie tylko filmowcy, ale także biznesmeni, taksówkarze, restauratorzy, hotelarze i przewodnicy, którzy kupują półstronicowe ogłoszenia w gazecie, by wyrazić w nich swoje zadowolenie. W tej jednej hollywoodzkiej produkcji upatrują swojego gospodarczego zbawienia i obiecują, że całym sercem będą wspierać projekt.
Kochani są ci Nowozelandczycy, serdeczni, mili i ufni. Nie zamykają domów i samochodów. Chociaż oczywiście mają też swoje słabostki. Bekanie słychać na każdym kroku – robią to faceci, babki, wszyscy. Młodzi lubią też popisywać się pierdzeniem, w myśl zasady jaką widzieliśmy wywieszoną w jednym pubie: „nie powstrzymuj bąków, bo one potem wędrują kręgosłupem do głowy i stąd rodzą się gówniane pomysły”.
A takich pomysłów można by wymienić kilka. Na przykład kto wpadł na to, by wybudować ponadmilionowe miasto Auckland na 46 wulkanach?! Albo, żeby pod koniec XIX wieku budować fortyfikacje przeciwko atakowi Rosjan? Albo żeby dać się tak wykorzystywać na wojnach? Po wizycie w muzeum ma się nieodparte wrażenie, że Kiwi dowodzeni przez Brytyjczyków, byli mięsem armatnim w każdym konflikcie. Oni także mieli swoich pilotów walczących w bitwie o Anglię i też im się wydaje, podobnie jak Polakom, że to o nich Churchill powiedział słynne słowa: „Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”.
Dziwi nas też to, że mimo licznych zalet, jest to kraj zesłania dla Francuzów i Anglików, którzy trafiają tu po dwóch latach w Australii, bo skończyła im się wiza. Nie chce im się wracać do domu, ale też nie bardzo wiedzą co tu robić. Siedzą więc i marudzą, przypominając jak to w Sydney czy Brisbane jest światowo, bo mają tam Ikeę (W NZ jej nie ma, bo sąd uznał, że będzie zbyt popularna, a przez to będą tworzyć się korki i zablokował budowę).
A przecież tutaj też jest fajnie. Prostytucja jest legalna, pracownicy tworzą związki zawodowe, wszyscy płacą kartami, nawet 2 dolary za batonik, a co najważniejsze – będąc z Europy, można imponować tym, że jeździło się za granicę SAMOCHODEM. Tutaj nie ma takiej możliwości.
Poza tym, jak się sami przekonujemy, jest tu duże skupisko niebanalnych i ciekawych osobowości. I to właśnie nimi mamy zamiar się zająć.