Belgrad Sarajewo Split
Beograd, Kijevska 5
Ostatnie piętro, właściwie już na poddaszu. Siedzimy bezpieczni u Milorada w mieszkaniu i sączymy piwo z dwulitrowej plastikowej butelki. Na zewnątrz deszcz, ale to nie ważne. Dotarliśmy.
Droga
Ruszyłem w drogę, wreszcie na wymarzone Bałkany. Pociągiem, z masą przesiadek, pieszymi przejściami przez granicę, znów pod namiotem, lecz tym razem nie sam.
Dosiadam się w Opolu, a w pociągu czeka już Wera. Znana z Radia Wrocław i kultowej (ale tylko w naszym skromnym [dwuosobowym] gronie) audycji dla studentów „Żakręt”, gdzie wydurnialiśmy się razem przed mikrofonem.
Takie duo – pełen kontrast, czerń i biel. Nie wiem czy przeżyjemy razem do końca podróży…
Pociąg przewiózł nas przez Polskę bezpiecznie. Na granicy turystycznej w Zwardoniu zorientowałem się, że już jesteśmy na Słowacji tylko po tym, że spotkany chłopczyk na rowerku powiedział nam – Ahoj! Nie ma celników, nie ma paszportów, nie ma pytań. Unia Europejska.
Kilka przesiadek i już byliśmy w Zvoleniu u Sylvii. Znają się z Weroniką ze Szkocji, rwały razem maliny w chruśniaku czy coś takiego. Przyjęcie było niezwykle serdeczne i oczywiście pierwsze co – zmęczeni jazdą, w barze rozkoszowaliśmy się słowackim piwem (A wieczorem nasi gospodarze, w domowych warunkach badali nas alkomatem. Wszystkim rurki na czerwono zafarbowały, tylko Wera nic, choć tak dmuchała, że mało balonik nie pękł. Obciach w towarzystwie, bo poją nas i poją, a efektu nie ma : )
Rano dalej, przez kraj Madziarów. W Budapeszcie mieliśmy 45 minut by przejechać na drugi dworzec i trochę mnie to stresowało, bo węgierskiego ni w ząb, ale też się udało, tramwajami i na piechotę.
Gorzej nocą było natomiast, bo deszcz się rozpadał, a my gdzieś już przy serbskiej granicy, przy torach w krzakach przyczajeni mokliśmy w namiocie.
Serbia powitała nas deszczem.
Jarkija
Nasz kraj dzięki dobrym warunkom klimatycznym sprzyja rozwojowi sadownictwa.
Smutną rzeczą jest, że przetwarza się tylko niewielką ilość zbiorów, a z roku na rok marnowane są owoce z powodu nieopłacalnej ceny skupu…
Jest na to jednak sposób! Autor tych słów proponuje produkcję w domowym zaciszu słynnego na całe Bałkany alkoholu – rakiji.
A ten autor to nie byle kto. Nabyłem sobie właśnie książkę, z której cytat niniejszy podaję, pt. „Priručnik za spravljanie rakije” czyli „Podręcznik robienia rakiji”, na okładce której tytułem naukowym kole w oczy dr Slobodan Jović.
Publikacja wygląda zachęcająco, jest trochę obrazków, schematów aparatury, wzorów chemicznych. Jak dobrze pójdzie otworze własną produkcję, ale nie będzie to już rakija tylko wspaniała JARKIJA. Już wymyślam hasła do kampanii reklamowej. Ha!
W Belgradzie
Gdy tylko tam się pojawiliśmy na dworcu przywitała nas wielka reklama ze znajomą twarzą. Izabela Scorupco… Na szczęście zjawił się też Milorad, przyjaciel poznany w Ameryce. Razem pracując i imprezując spędziliśmy dwa lata temu w Pensylwanii cztery miesiące. W Serbii nadal się o tym mówi.
Z dawnego składu w Belgradzie jest jeszcze Ivan, Marko i Jelena, młodzi ludzie którzy też mieli wtedy szansę wyrwać się kraju, zwącego się Jugosławia.
Do dziś gdy się spotykają nie rozmawiają o niczym innym. To było wielkie przeżycie. Serbia, jak mówią, jest w izolacji, zazdroszczą nam paszportu Unii Europejskiej. Powtarzają to wszyscy nasi rozmówcy. Jako Serbowie wizę potrzebują do wszystkich krajów oprócz kilku republik byłej Jugosławii. Nie łatwo ją dostać. Problemem jest przyjazd do Polski. Oczywiście można to załatwić, ale potrzeba czasu i pieniędzy. Dumnym Serbom nie bardzo się to podoba, ale ja się nie dziwię.
I choć w Belgradzie było bardzo pozytywnie, imprezy do rana, spotkania ze starymi przyjaciółmi, długie nocne rozmowy pełne śmiechu i żartów, to jednak ciągle gdzieś tam w tle przebijała ta gorycz.
Milorad
Milorad mieszka w Belgradzie we własnym mieszkaniu. Większość studentów nie ma tego szczęścia, to największy problem życia w wielkim mieście. W telewizyjnych wiadomościach pojawiła się nawet studentka z Polski, która przyjechała na wymianę, chce zostać architektem, a nikt jej mieszkania nie załatwił, choć zobowiązany był do tego uniwersytet…
Milorad studiuje historię, choć właściwie została mu już tylko praca magisterska do napisania. Wysoki, rozmiar buta 48, energiczny i niezwykle sympatyczny. Żyje wesoło, pieniądze zarabia od czasu do czasu jakimiś tłumaczeniami z angielskiego. Zna historię Polski, zadaje mi pytania o Wałęsę i Gierka, uwielbia Simpsonów. Jest naszym przewodnikiem po mieście.
Grad czyli miasto
Belgrad, stolica Serbii i Czarnogóry ma około 2 mln mieszkańców, nie jest to mało. Zaraz po wjeździe do tego kraju z Węgier, uderzyła nas różnica w klasie samochodów. Madziarzy, tak pewnie jak i u nas jeżdżą w większości maszynami nowszymi, sprowadzonymi z Niemiec czy Włoch. W Serbii nadal króluje yugo i zastava, choć nie brakuje też naszych małych fiatów. Samochody z przeszłości wciąż zapełniają ulice, jest ich kilka rodzajów, mniejsze, większe, wszystkie w matowych i nieco przyblakłych kolorach.
Weekendowe ulice mimo pogody niesprzyjającej pełne są pogodnych ludzi. Są też plakaty z twarzą Miloszevicia… wciąż obecny, tym razem w nowej kampanii promującej jego jak najszybsze uwolnienie.
Ciekawiło mnie zdanie młodych ludzi na temat polityki. Milorad, choć w niej zorientowany nie bardzo chce o tym rozmawiać. – Serbowie nie mają dobrej opinii w świecie. Wojny domowe, Kosowo, etniczne czystki. – mówi – Normalni ludzi czują się tym wizerunkiem skrzywdzeni.
Milo dystansuje się od wszystkiego co się tu stało, działał nawet w uczelnianej studenckiej opozycji wobec systemu. Wydawali biuletyn i sabotowali polityków, wydzwaniając do nich w środku nocy i bluzgając jak tylko można było najmocniej (A bluzgać to akurat Serbowie potrafią).
Nemoj da zajebavaš!
Oczywiście nowych przekleństw uczyłem się pilnie, słownik mi się rozbudował, a Weronika dłużna też nie pozostawała i pod koniec imprezy wszyscy mówili po polsku – ja pierdolę. Cóż, wymiana kulturowa.
Ale jeszcze o wojnach. W tej domowej bałkańskiej nie było dobrych i złych – mówi Milorad – winnych i niewinnych, uciemiężonych Muzułmanów, żadnych krwi Serbów czy mściwych Chorwatów. Każdy walczył z każdym, każdy umaczał ręce we krwi.
I mimo swych 26 lat, które hucznie w sobotę obchodziliśmy, Milorad mówi, że czasem gdy o tym wszystkim myśli, o życiowym bagażu doświadczeń, czuje się jakby lat miał 50. – Za dużo gówna na ludzi spadło…
Miasto Belgrad tętni jednak życiem. I choć widzimy zniszczone natowskimi bombami budynki, mieszkańcy zdają się żyć już czym innym. Gdy wybieramy się na przejażdżkę statkiem po rzecze Sawie przy brzegu, na barkach widziałem mnóstwo restauracji, nocnych klubów i dyskotek, były letniskowe domki z parkującymi przy nich motorówkami.
Miasto robi sympatyczne wrażenie, spacerowe deptaki, lody, parasole, napisy po połowie – cyrylicą (to tradycja) i łacinką (to wygoda), piekarnie na każdym rogu, ze wspaniałym burkiem (nazwa niezbyt komercyjna, ale jest to niezwykle tu popularna turecka potrawa, coś jak ciasto francuskie z nadzieniem z sera, mięsa lub grzybów, podawana z jogurtem, tłuste i pyszne).
Reinkarnacija
Pochwaliłem się już po raz kolejny na imprezie, że na świat przyszedłem dnia i roku którego zmarł Marszałek Josip Broz-Tito. Partyzanci Broz-Tity wyzwolili Jugosławię, bez pomocy sowietów, awantura na zabawie – tak się zaczyna Kazikowe 12 groszy, pozytywnym bohaterem nie był, ale potem Tito władał krajem niepodzielnie aż po rok 80 czyli swoje zejście, a moje urodzenie.
- Reinkarnacija druga Tita! – wykrzyknęli zgromadzeni, i zwany już byłem tylko Josip Drugi…
Nie mogłem więc nie zobaczyć miejsca pochówku Marszałka. Jest to specjalnie zbudowany grobowiec, a wódz przykryty jest marmurowym nagrobkiem. Ale co robi wrażenie – to muzeum darów jakie dostawał od innych władców. Jak się okazuje – najwięcej z Afryki i Azji. Wspaniałe szable, zbroje, ludowe stroje, serwisy do rakiji, kawy, meble, a nawet ręcznie wyszywane maty gdzieś wysoko w bośniackich górach, przez wioskowe kobiety, które – całym sercem są za kochanym Josipem Broz-Tito.
Z Polski natomiast nic nie było.
Welcome to Sarajevo
Bośnia i Hercegowina. Naklejka na samochodach – BiH. Ale spotyka się także te z dopiskiem i tęsknotą niemalże: I ja BiH w Evropu (i ja będę w Europie). I już teraz prawie wszędzie można w euro płacić.
Ale kilka dni w Sarajewie wzbudziły mieszane uczucia.
Miasto się bawi, w centrum i wąskich uliczkach dzielnicy Bascarsija jest pełno turystów. Dla nich bazary, restauracje, markowe sklepy.
Piękne dziewczyny, wysokie, ubrane i wymalowane. Komórki dzwonią, samochody luksusowe jeżdżą, na ulicy mówi się po angielsku, niemiecku, włosku i francusku.
Ale wyjdź poza centrum, a wciąż jeszcze zobaczysz ślady dawnego oblężenia – podziurawione kulami mury, zniszczone domy. Na szczęście już tego coraz mniej.
Żyje się normalnie, choć nie wytwornie. Ale i to pocieszające. Wspomnienia budzą jeszcze mapy, na których pokazane jest oblężone miasto i z której strony nadchodziły wrogie czołgi i działa. Ale raczej wszyscy chcą o tym zapomnieć.
Miasto jest piękne. Położone w dolinie rzeki, wokół domki kolonizujące wzgórza. Wdrapujemy się na jedno z nich. Ukazują nam się góry oblepione budynkami, gęstwina dachów i cmentarze. Właściwie widać ich nawet kilka, białe pola pomiędzy czerwienią dachów i zielenią gór. Z gęstwiny budynków co kawałek wystają strzeliste minarety, z których kilka razy dziennie wzywa się do modlitwy. W dzielnicy Bascarsija widać jednak więcej. To miejsce gdzie dawny multikulturalny klimat miasta czuło się najbardziej. W niewielkiej od siebie odległości stał meczet, synagoga, kościół i cerkiew. Bez konfliktów, bez problemów. Dopiero potem przyszły „tańce wojenne między religiami, Bośnia na ten przykład, widzicie sami, katolicy, muzułmanie, prawosławni pokazują którzy z nich swego boga bardziej miłują”…
I choć miasto pozbierało się już dawno z wojennej zawieruchy, jak twierdzą jego stali bywalcy – nie odzyskało pełni dawnej świetności.
Sarajewo jest piękne, ale podzielone. Trafiliśmy najpierw do dzielnicy o wiele mówiącej nazwie Serbskie Sarajewo. Autobusy z Serbii nie zapuszczają się dalej. Noc spędziliśmy gdzieś na łące pod cerkwią, a przez cały czas latały nad nami patrolowe śmigłowce.
Osobno mieszkają, niegdyś sąsiedzi z jednej ulicy – Serbowie, Bośniacy, Chorwaci.
I jeszcze parę obserwacji obyczajowych z Bałkanów. Papierosy pali się wszędzie. Palą wszyscy. Nie dziwi nikogo papieros w ustach nieogolonego, w rozpiętej koszuli kierowcy autobusu miejskiego, w ustach sprzedawcy lodów, balonów, płyt czy parasoli. To kraj dziki jeszcze, albo jak kto woli – nieskalany dziwnymi przepisami ograniczającymi wolność osobistą.
No i podoba mi się jeszcze sposób spędzania czasu wolnego. Siedzi się po prostu przed sklepem, czy też w kafanie, maleńkim lokalu z dwoma czy trzema stolikami i sączy powoli mocną kawę, do tego papieros czy też powolna gadka ze współbiesiadnikiem. Takich siedzących i patrzących przed siebie ludzi jest mnóstwo. Dołączamy do nich, gapiąc się na to tajemnicze miasto i jego mieszkańców.
Mostar
Autor przewodnika turystycznego, który przejrzałem przed wyjazdem nie miał wątpliwości: w 1999 roku w Bośni i Hercegowinie było jeszcze około miliona min. Najwięcej na przedmieściach Sarajewa, Travnika i Mostaru.
W ostatnim z wymienionych miast rozstawiamy namiot na polu między drogą a rzeką. Przyglądamy się jednak wcześniej czy chodzą tu ludzie, są ślady, ryzyko natknięcia się na minę jest więc minimalne. Ale i tak nie jest to obozowanie do końca rozsądne, bo kiedy próbowaliśmy dotrzeć do wody – zatrzymała nas żółta taśma ochronna z napisem „miny” w alfabecie łacińskim i cyrylicą. „Złotą zasadą jest przez cały czas pozostać na asfalcie. Patrz na każdy centymetr ziemi podejrzliwie” sugerował przewodnik. Takie spacery to ciągle ryzyko w tym kraju.
Jesteśmy w Mostarze gdzie dopiero jakiś miesiąc temu ponownie otwarto wspaniały most, zniszczony przez znudzonego chorwackiego czołgistę:
Dzieci ciągle jeszcze gdzieś głęboko w bocznych uliczkach bawią się w strzelanego. W miejscu takim jak Mostar na ten widok przechodzą ciarki:
A rano i wieczorem nawoływania muezinów mieszają się z biciem kościelnych dzwonów…
…choć dobiegają z dwóch przeciwnych stron rzeki.
Objawienie
Medjugorie, miejsce w chorwackiej części Bośni, gdzie dwadzieścia lat temu grupie nastolatków objawiła się Matka Boska. Polskie autobusy, polscy pielgrzymi, stragany z dewocjonaliami i sklepy gdzie można płacić kartą visa. I tylko pytam siebie – co ja tutaj robię?
Bez różu ani rusz
Chorwacja wita nas różowo. To najmodniejszy kolor sezonu…
Drogo jest i turystycznie…
Ale na przykład w Dubrovniku nocujemy w najdroższym hotelu w mieście. Problem w tym, że nie jest on już dawno czynny, dostał pociskiem w czasie bombardowania, właściciel się przestraszył i miejsce opuścił. Nad samym brzegiem, z widokiem na błękitny Adriatyk rozkładamy namiot na balkonie jednego z pustych i zdewastowanych apartamentów. Żyć nie umierać.
Ale my zawsze musimy wepchać się w boczne i ciemne uliczki zostawiając wspaniały średniowieczny Dubrovnik innym turystom z całego świata…
Bog!
Podróż sentymentalna
Chorwacja oblegana przez turystów i może wcale by nas tu nie było, gdyby nie parę spraw do załatwienia i wizyt do odbycia.
Prom zabiera nas do Trpanj. To mój powrót w miejsce widziane 17 lat wcześniej.
Namiotem rozbiliśmy się na skałach, przy samym morzu. Rano gdy wyszedłem się przeciągnąć dwa razy musiałem przecierać oczy. Byliśmy po środku dzikiej plaży dla nudystów. Siedemdziesięcioletnie nagie ciało zażywające porannej kąpieli. Miałem nadzieję, że jeszcze się nie obudziłem. Niestety już nie spałem…
Ale to plaża, o której tata mi mówił, że jest, ale za mały byłem by ją zobaczyć. Teraz nieświadomie znalazłem się w samym jej centrum.
Odnalazłem też plażę na której 17 lat temu wygrzewaliśmy swe polskie komunistyczne ciała zza żelaznej kurtyny. Właściwie Jugosławia była jednym z niewielu miejsc gdzie mogliśmy wtedy pojechać i zażyć świata.
Miejsce wydawało mi się wtedy większe. Mamy z dziećmi na plaży siedziały, a ojcowie skryci w cieniu, gdzieś na schodach handlowali spławikami, wędkami i śrubokrętami. Takie to były czasy.
W Trpanj jest park i plac, na który niegdyś przyjeżdżały ciężarówki po brzegi wyładowane arbuzami. A trzeba wam wiedzieć drogie dziatki, że 17 lat temu owoc ten był w Polsce rarytasem. Siedział więc Jugol i sprzedawał te zielone balony z czerwonym miąższem, a ja nie mogłem się na nie napatrzeć. Siedział tak dwa trzy dni, aż sterta stopniała.
W Jugosławii (wtedy jeszcze istniała) po raz pierwszy w życiu widziałem banany w wielkich kiściach. Niezapomniane.
W Trpanj jest ten sam port, jest zatoka, tylko straganów gdzie tata kupił mi plastikowe auto policyjne, już nie ma. Teraz tylko ogródki z piwem wszędzie.
Nie udało mi się znaleźć stołówki, w której się żywiliśmy, a to też wciąż żywe wspomnienie. Pierwsze zatrucie pokarmowe i pół nocy rzygania sardynkami z maleńkimi ogonkami.
I jak teraz o tym wszystkim myślę, to dziwnie było wtedy. Wyprawa handlowa połączona z wypoczynkiem, ale też wszystkie te wspaniałości, owoce, morze i plaże kamieniste, stary fiat czy polonez – już nie pamiętam co wtedy mieliśmy – i podbój Bałkanów.
Dla mnie wciąż żywe wspomnienia. Dziś wracam w to miejsce, do czasów beztroskiego dzieciństwa i znów mam siedem lat, w Trpanj.
Nasza Ziemia
- Chorwacja w Unii Europejskiej? Mam wątpliwości czy to dobry pomysł – mówi Sinisza – przyjdą Niemcy, Włosi, Francuzi i wykupią naszą ziemię, a przecież właśnie o tę ziemię mieliśmy wojnę…
Dojechaliśmy do Splitu, a właściwie do Slatine na wyspie nieopodal miasta. Gościmy u Siniszy, mojego starego i serdecznego znajomego z Australii. Wspominałem już niegdyś na łamach niniejszych o tym jak śpiewaliśmy w barze jugosłowiańskie pieśni zapijając australijskim winem i wymyślnymi koktajlami. Sin jest Chorwatem, mieszka w Perth, prowadzi tam biuro adwokackie, ale właśnie po latach powrócił na swą ziemię na wakacje, a może nawet na dłużej. Marzy mu się posada w Trybunale w Hadze, lub kancelaria w Zagrzebiu. Ma dość Australii.
Sin porusza się na wózku, przyleciał więc z nim Zdenko, jego opiekun. Zden to prawdziwy aussie bloke, choć z chorwacko-bośniackimi korzeniami. Dzięki Sinowi po raz pierwszy od dzieciństwa znalazł się w tych stronach. Odnalazł gdzieś głęboko w pamięci zakopany język rodziców, zakochał się w Chorwacji i zakochał się w dziewczynie. Już piątego dnia na Bałkanach znalazł miłość swego życia, jak mówi. On też nie chce wracać do Australii.
Jest coś takiego magicznego w tej ziemi – mówią, gdy jeździmy teraz busem, który kupił Sin. Auto jest przystosowane do przewożenia jego na wózku, kosztowało 6000 euro, ale ostatnim razem gdy był on w tych stronach, samochód musiał wynająć w Niemczech, co kosztowało 4000. Lepiej więc mieć swój Sinmobile.
Przy demonicznych dźwiękach Franka Zappy i wykręconego Jose Feliciano mkniemy przez wąskie ulice Slatine, Trogiru i Primosztenu. Za kierownicą Zden, który bez problemu przestawił się na ruch prawostronny, lawiruje między skuterami, samochodami i pieszymi. W każdym z tych miejsc pełno turystów. To Chorwacja, wspaniałe małe miasteczka, malownicze plaże i masy przybyszów z całej Europy.
Bawimy tu prawie cały tydzień, dotrzymując towarzystwa Sinowi, znów śpiewając jugorocka, popijając rakiję, szwędając się po starym Splicie i uczestnicząc w rodzinnym sporze.
Spór
O tę ziemię toczyła wojna. Rodzina Sina ma jednak swój mały konflikt. Ich wojna jest domowa. Dosłownie.
Kłócą się z wujkiem, który mieszka naprzeciwko, o kawałek podjazdu. O trzymetrowy pas ziemi. A konflikt, choć ciągnie się od lat, z każdym dniem przybiera na sile. Wujek jest zazdrosny, że rodzina chce budować domki letniskowe czy coś takiego, właściwie jednak trudno dociec kto pierwszy zaczął awanturę. Wyzwiska, wzajemne sabotowanie swych pensjonatów (każdy przyjmuje w domu wczasowiczów, których wzajemnie sobie odstraszają), a wujek podobno nawet strzelał do swej siostry, matki Sina, za co spędził kilka miesięcy w więzieniu. Sin gra wieczorami głośną muzykę, zostawia ją nawet gdy gdzieś wychodzimy, wujek filmuje wszystkie te wybryki. Z Australii przyjechała następna siostra by wspomóc rodzinę w walce. Wariactwo. Nawet Zden, do tej pory bezstronny dał się wplątać. Wujek parkuje swój samochód tak by utrudnić innym korzystanie z podjazdu, Zden zostawia więc Sinmobil tak by zablokować wujka.
Ale kulminacja rozegrała się na naszych oczach. Już mieliśmy wyjeżdżać do Splitu, Zden wyjechał samochodem by nawrócić. Znalazł się na ziemi wujka, ten nie wytrzymał, rzucił się na auto z gołymi rękami, wybił tylną szybę raniąc się przy tym dotkliwie.
Wezwana policja wujka aresztowała. W naszym domu atmosfera zwycięstwa…
I nie wiem czy mogę zaryzykować stwierdzenie, że patrząc na to wszystko jestem o krok bliżej od zrozumienia tego co się na Bałkanach wydarzyło…


