Archive for the ‘Projekty myślowe’ Category

One Picture Show

środa, 12 Październik 2011

Co to za czasy, żeby na blogu streszczać co się dzieje na facebookowym profilu bloga… Ale tak to już jest, że tam jakoś łatwiej i szybciej.

Przeglądałem ostatnio stare fotki i postanowiłem codziennie (lub nie) którąś z nich przypomnieć, jednoczeście opisując po angielsku, żeby koledzy i koleżanki z Czech wiedzieli o co chodzi;)

Galerię nazwałem One Picture Show:

United States - West

The beauty of sightseeing (Arizona, USA)

IMG_0412

Sesame backStreet (London, UK)

australian outback

I was lucky I just wanted to pee (Townsville, Australia)

IMG_5722

Thanks to Steve Jobs and his iPhone we knew we were nowhere. But at least we knew. Thanks Steve! (somewhere, New Zealand)

Lech Wałęsa w Londynie

Surfing lesson with president Lech Walesa (London, UK)

Przygody w technologicznej dżungli

wtorek, 20 Wrzesień 2011

Szukam nowej multimedialnej formy do opowiadania historii. Eksperymentuję, a przez pulpit przewijają mi się kolejne pomysły na webdocumentary, książki interaktywne, aplikacje na komórki, tablety etc. I coraz częściej mam wrażenie, że technologia nie nadąża…

Nie mogę znaleźć uniwersalnego środka, który połączyłby tekst, dźwięk i obraz, zadziałałby wszędzie i był łatwy w obsłudze. Może jestem zbyt naiwny?

Ale szukam, grzebię w bardziej i mniej znanych sobie językach i systemach.

Rzuciłem się na HTML5 i Javascript, nowe objawienie, mające być przyszłością sieci i następcą Flasha. HTML działa w przeglądarkach, więc na komputerach, w telefonach i tabletach. Kupiłem nawet książkę o tym wspaniałym języku, ale dowiedziałem się z niej tylko jednego. Z projektem, który chcę zrealizować, utonąłbym w kodzie. Nie ma jeszcze narzędzi, które pozwoliłyby coś takiego stworzyć łatwo i szybko. Wszystko trzeba programować ręcznie…

Na chwilę wróciłem do Flasha, kiedyś cośtam w nim robiłem. Niestety Flasha nie obsługuje Mac i inne iPady… Więc po co się męczyć?

Szukam więc gdzie indziej. Może jakaś inna forma aplikacji internetowej?

Zainspirował mnie Google, bo okazało się np. że najlepiej w ogóle wywalić Worda i pracować nad dokumentami w sieci, na Google Docs. Wtedy mam też do nich dostęp z telefonu. Sprytne. Podobnie z kalendarzem.

No więc skoro Google jest taki fajny, może skupić się na robieniu aplikacji na ichniego Androida? Spróbowałem. Proste rzeczy można stworzyć w programie App Inventor, ale z bardziej skomplikowanymi bez kodowania się nie obejdzie.

Poszukiwania skierowałem więc zupełnie gdzie indziej. Zainstalowałem InDesigna, program do składania materiałów drukowanych. W najnowszej wersji jest już cały pakiet do publikowania materiałów elektronicznych. Tylko, że tu też pojawił się problem – interaktywną książkę tworzy się łatwo, jednak by ją opublikować trzeba mieć konto w Adobe i słono za to płacić…

I tak dalej.

Chyba więc czas to wszystko rzucić i zając się tylko pisaniem i montowaniem. A jak już będzie napisane, to forma sama się znajdzie.

Nowa przestrzeń kreatywna

piątek, 24 Czerwiec 2011

strych

Na strychu w Nysie. Moje nowe/stare miejsce. I co z tego, że na prowincji? Zawsze można powiedzieć, że strych to loft, a Nysa jest w centrum Europy Środkowej. Do Berlina, Wiednia i Warszawy jest przecież po równo. 400 kilometrów.

Ze stolic, najbliżej jest Praga, ale to na razie nie powinno mnie interesować. Czeka mnie kilka miesięcy siedzenia na tyłku i pracy w domu.

W czasie, gdy komputer biedzi się nad konwersją 300 GB plików wideo na jakiś przystępny montażowi format, oraz w przerwie między spisywaniem kolejnych wywiadów, szukam w necie wygodnej sofy, choć tak naprawdę wiem, że powienienem zacząć od kabiny prysznicowej. Poza tym pierwszy raz w życiu byłem w MediaMarkcie na stoisku z lodówkami.

Nic nie wybrałem. Kupiłem sobie za to rower.

Przecież nie będę cały czas na strychu siedział.

English Version

piątek, 3 Grudzień 2010

auckland15

Nie ma wyjścia. Robię angielskie streszczenie tej strony. Czas podbijać inne rynki. Z polskim się nie udało, więc może chociaż świat zwojuję;)

Wczasy nad Bałtykiem

piątek, 2 Lipiec 2010

gofry

Bez gofrów ani rusz.

(fot. ajdekato)

Nie ma takiego miasta Londyn…

wtorek, 11 Maj 2010

Lądek Zdrój

…jest Lądek, Lądek-Zdrój, taa.

– Ale Londyn, miasto w Anglii.
– To co mi pan nic nie mówi?!
– No mówię pani właśnie.
– To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna…

Trzydzieści

wtorek, 4 Maj 2010

Polska

W pekaesie z Wrocławia do Nysy, w zetknięciu z kierowcą:

- Dwa bilety poproszę.
- Dwadzieścia sześć dwadzieścia. Dwadzieścia groszy, drobne.
- Nie mam…
- Szukać.
- Ale ja nie mam…
- Szukać!

No i poczuliśmy, że jesteśmy w Polsce.

Obiecaliśmy sobie jednak nie narzekać, nie oceniać, nie dziwić się ani nie marudzić, chociaż przez pierwszy tydzień. Żeby nikt nie powiedział: – W Londynie posiedzieli i w głowach się poprzewracało. To pocoście wracali, skoro się wam nie podoba?

Ależ skąd. Na razie się podoba.

Choć tak się składa, że dzisiaj stuknęła mi trzydziestka. I nie wiem czy to jest powód do jakiejś radości;)

Jeśli miałbym podsumowywać cały ubiegły rok, to kręcił się on wyłącznie wokół jednego – projektu „W 80 dni dookoła świata…”. Od kiedy zacząłem składać wszystko w całość w czerwcu, wstałem od komputera w styczniu. A potem to już tylko czekanie na maj i publikację.

Cieszę się, że książka wyszła jeszcze przed stuknięciem mojej trzydziestki, bo to, jak sobie myślę, całkiem niezłe podsumowanie całego wielkiego włóczęgowskiego i pisarskiego rozdziału.

A teraz czas zacząć nowy. Jeszcze lepszy i jeszcze bardziej włóczęgowski;)

Domek z kart

czwartek, 29 Kwiecień 2010

Jak na ludzi, którzy przyjechali tu z jednym plecakiem, trochę daliśmy się ponieść.

Kurier, który nam to wszystko wiezie do Polski, na stronie internetowej ma napisane w wytycznych:

Radzimy nie pakować przesyłek w tzw „torby rumunki w krate” ponieważ szybko ulegają uszkodzeniu podczas transportu. W takim przypadku nie ma możliwości o dochodzenie odszkodowania.

Śliskie, ale nie powiem jak to firma, bo jeszcze nasze rzeczy wiozą.

Poza tym logistyka całego takiego przeprowadzkowego przedsięwzięcia jest jak wyciąganie kart z karcianego domku. Ruszy się nie tę rzecz co trzeba i wszystko może się zawalić.

Na przykład przedwczesna zmiana adresu na polski w banku powoduje, że nie wszędzie można potem od razu płacić kartą. Trzeba tę kartę zarejestrować w systemie na nowo. Dlatego nie mogę zapłacić jak zwykle za telefon i dzwonić do kuriera, gazowni, elektrowni, wodociągów etc.

Na szczęście większość rzeczy można zrobić przez internet (Ba! Udało mi się nawet przesłać PIT do Polski. Przeczytałem w gazecie, że system jest już bliski ideału, ale dla mnie ideałem byłoby w ogóle takiego świstka nie składać).

Za smutnych rzeczy, musiałem pożegnać się ze swoją maszyną…

Na szczęście trafiła w dobre ręce i mam nadzieję, że jeszcze trochę pojeździ.

Ale są też pozytywy wyprowadzania się i przenosin do innego kraju. Pozbieraliśmy wszystkie walające się po domu monety – 1p, 2p, 10, 20, sama drobnica. W supermarkecie jest maszyna, która to wszystko zlicza i zamienia na banknoty. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, gdy licznik nastukał prawie 100 funtów! Nie mogłem w to uwierzyć ;)

Więc jak coś, to forsę mamy.

Do zobaczenia w Polsce! Chwilę zabawimy.

(fot. ajdekato&sempeck)

Nie jestem emigrantem

wtorek, 20 Kwiecień 2010

[mój ostatni tekst, w sumie na pożegnanie z magazynem Cooltura i "polskim Londynem"]

Postanowiłem wrócić do Polski po dwóch i pół roku pracy w polskiej gazecie w Londynie. Teraz będę wszystkim opowiadał o „rodakach na emigracji”, bo na pewno będą pytać. I co tu mówić?

Mieszkanie w Londynie

Ilu Polaków w Londynie, tyle historii i poglądów na tę sprawę.

Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina

Na Hammersmith (czy jak mówią niektórzy „na Hamerszmicie”), obok redakcji, mamy swój ulubiony pub. Siadamy tam niemal co tydzień po wysłaniu kolejnego gotowego numeru do drukarni. Jeszcze do niedawna, w tym pubie barmanami i barmankami byli Polacy i można było powiedzieć w naszym języku: „To co zwykle proszę”. Nigdy bym się tego poza Polską nie spodziewał, bo też nigdy nie doświadczyłem czegoś podobnego wcześniej, podróżując po świecie. Dopiero tutaj wpadłem w tę „emigracyjną codzienność”, choć nigdy nie czułem się „emigrantem” i nigdy bym tak o sobie nie powiedział.

Po wstąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej i otwarciu brytyjskiego rynku pracy mówiło się nawet o milionie Polaków, którzy się tu zjawili. Nikt nie jest w stanie policzyć tego dokładnie, ale na pewno widoczni jesteśmy wszędzie. I wydaje się, że mamy wszystko, czego nam potrzeba. By się o tym przekonać, wystarczy otworzyć gazetę – co tydzień dostarczamy czytelnikom za darmo 132 strony, z czego duża część to reklamy polskich i brytyjskich firm z ofertą dla Polaków. Można tu kupić kanapy „Valdi” albo „Lusia” z dostawą do domu. Jest cała gama firm pomagających uzyskać odszkodowania w każdym możliwym wypadku i otrzymać wszelkie należne świadczenia od państwa. Są biura księgowe i podróży z możliwością rezerwacji przez internet. Działają kancelarie prawne z polskimi pracownikami. Reklamuje się blacharstwo, lakiernictwo, mechanikę, tanie rozmowy do Polski, kluby z polskimi didżejami i monterów polskiej telewizji satelitarnej. Na kolejnych stronach pojawiają się przychodnie lekarskie z ginekologiem, kardiologiem, internistą, i dentystyczne, z promocją na implanty. Są gabinety masażu i rehabilitacji, USG 4D, przedłużanie i zagęszczanie włosów, polskie kiełbasy, niezwykle popularne skupy złomu, salony piękności, solaria… A na końcu ogłoszenia drobne: „antyalergiczne czyszczenie dywanów”, „architekt świadczy usługi”, „przeprowadzki duże i małe”, „obiady domowe na wynos, na każdą kieszeń, z dowozem” oraz „wróżka Kasandra wróży z kart Tarota, odwraca złe uroki, zdejmuje złe fatum. 20 lat doświadczenia”. Jest też oczywiście dział „Randka w ciemno”, z cytowanym nawet przez Macieja Orłosia w Teleexpressie ogłoszeniem: „Pisarz, poeta, miły, wesoły. Pozna panią w średnim wieku z dostępem do pralki automatycznej. Tel. 075… Jerzy”.

Pazurki

Ruskie z Małopolski

Polacy w Londynie to jednak nie tylko ostatnia „unijna” fala. Najstarsze żyjące pokolenie przybyło tu w wyniku zawieruchy II wojny światowej, przenosząc do innego kraju także polskie władze. Na Wyspy, w różnych okolicznościach, dotarło wtedy prawie sto tysięcy Polaków. To właśnie oni i ich dzieci byli inicjatorami powstania mieszczącego się kilkadziesiąt metrów od naszego pubu Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego, znanego powszechnie jako POSK. Czteropiętrowy gmach, zbudowany w latach siedemdziesiątych z datków powojennej emigracji, przypomina wielki dom kultury z całą galerią polskich instytucji. Na ostatnim piętrze mieści się klub, gdzie można zjeść kotlet schabowy i pierogi, które nazywają się „małopolskie”, bo „ruskie” nie wszystkim mogłyby smakować. Wnętrze przypomina stare dobre bary mleczne, gdzie jedzenie zamawia się przy ladzie, a później czeka, aż jedna z kucharek zawoła przez mikrofon: „Zamówienie numer pięć proszę odebrać”. Jedząc, można wsłuchać się w rozmowy przy sąsiednim stoliku o żołnierzach i ich szlaku bojowym.

Porusza się tu jednak nie tylko tematy wojenne. We wtorki w tym miejscu zbiera się Grupa Towarzyska Seniorów POSKlubu.

Seniorzy w POSK-u

– Na pierwszym naszym spotkaniu było sześć czy siedem osób, które myślały, że to będzie biuro matrymonialne – mówiła ze śmiechem założycielka grupy, z którą rozmawiałem, przygotowując tekst do magazynu. – I żałuję, bo można było na tym niezły interes zrobić – dodała z przymrużeniem oka. – Do grupy należy już ponad setka seniorów.

W POSK-u działali i działają też inni, pragnąc udowodnić, że rodzime tradycje odżywają za granicą.

– Kultura ludowa Polski to jest nasz najlepszy ambasador. Nie jesteśmy w stanie niczym innym Anglikowi zaimponować. To jest jedyna rzecz, której oni nie mają – mówili mi członkowie zespołu „Tatry”.

Choć zespół jest zgrany i doświadczony, czasem zdarzały się zabawne sytuacje. Jeden z tancerzy przypomniał sobie historię z dożynek na Balham: – W czasie tańca koleżanka do mnie mówi, że spada jej halka, ja ją tak trochę trzymałem, ale w jakimś momencie puściłem. Halka zjechała i koleżanka wykopała ją w publiczność. Jakiemuś widzowi spadła na głowę. Owacje były niesamowite – śmiał się członek zespołu.

Ciekawym było odwiedzenie także polskich „wyższych sfer”, które bawią się w pałacu wywodzącego się od kniaziów litewskich Jana Żylińskiego. Jak szczyci się sam właściciel, jego dom na Ealing to „pierwszy klasycystyczny pałac zbudowany w Londynie od dwustu lat”. W sali balowej pełnej luster, na marmurowej posadzce pod kryształowym żyrandolem królują więc fraki, smokingi i eleganckie suknie. Nie jestem obyty na salonach i gdy poznałem żonę Jana Żylińskiego, Rie, Japonkę z pochodzenia, przedstawiłem się tylko jako Jarek.

– A nazwisko jak? –spytała pani domu. – Sępek – odpowiedziałem, naprawiając swoją gafę, ale w myślach, w panice, zacząłem się zastanawiać, co powiedzieć, gdy zapyta jeszcze: – A z których Sępków?

Szkoły i paszporty

O tradycje i język dbają w Londynie także rodzice najmłodszych. Na lekcjach w szkołach sobotnich zjawiają się uczniowie, którzy przyjechali tu w zeszłym tygodniu, pięć lat temu i tacy, którzy tutaj się urodzili. Gdy odwiedziłem jedną z nich, byłem zdumiony, że w środku Londynu można rozmawiać o przykładach nierówności społecznych w dramacie „Moralność pani Dulskiej”. Po analizie tekstu dyskusja przeniosła się temat podziałów społeczeństwa w XXI wieku. Uczniowie płynnie przechodzili od polskiej literatury do brytyjskiej współczesności.

– Oczywiście, że i dziś istnieją podziały, powiedziałbym, że najbardziej widoczne są te polityczne – odezwał się Antoś. – Ci, którzy mają luksusowe samochody, duże domy, głosują przeważnie na konserwatystów, natomiast biedniejsi na Partię Pracy…

Marsz Polaków

Do tych podziałów należałoby dodać jeszcze kilka. Do naszych redakcyjnych spotkań przy piwie często dołączali inni Polacy i nie da się ukryć, że większość z nich, przynajmniej na początku, chciała tu po prostu zarobić, a potem wrócić do kraju.

– Wielka Brytania była twierdzą i trzeba było się nieźle nakombinować, żeby się do niej dostać – wspominali ci, którzy przyjeżdżali tu w poszukiwaniu pracy jeszcze przed naszym wstąpieniem do Unii Europejskiej. Zaostrzone kontrole na granicach sprawiały, że wielu podróżujących samotnie ludzi nie było nawet wpuszczanych. Popularnym sposobem stał się zatem przyjazd na trzydniową wycieczkę z wliczonym noclegiem. – W takim autokarze jakieś pięć osób rzeczywiście było turystami.

– Polacy, którzy zostali tutaj nielegalnie, żyli w strachu. Pamiętam na przykład, że nie poszliśmy na sylwestra na Trafalgar Square, bo tam kręciło się dużo policji – opowiadał kolejny z emigracyjnych weteranów. – W domu mieliśmy specjalny kod pukania do drzwi, żeby wiedzieć, że idzie swój. To były dziwne czasy, dziś opowiadamy o tym ze śmiechem, ale wtedy do śmiechu nie było. Ludzie chwytali się wszystkiego. Kiedyś kumpel powiedział mi: „Od dzisiaj jestem Belgiem, kupiłem sobie paszport. Co prawda chciałem być Niemcem, ale robota była od zaraz, a na niemiecki paszport trzeba było czekać. Trzysta funtów dałem”…

Aj rimember Pi Er El

O Polakach w Londynie da się powiedzieć wiele. Także to, że jednoczą ich święta i wielkie wydarzenia na Trafalgar Square, jak Dzień Niepodległości czy ostatnio żałoba po ofiarach katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem.

Co jednak razi, gdy patrzy się na to wszystko z boku – na małych wyziębionych harcerzy z flagami, przepasanych szarfami kombatantów oraz polityków przybierających poważne miny – to fakt, że przemawiający wciąż dzielą nas na tych, co „w kraju”, i tych, co „na obczyźnie”, na tych, co zostali, i na „emigrantów”, na Polaków i Polonusów.

Razi też kilka innych rzeczy. Polacy mają tendencję do zamykania się w swoich skorupach, swoich światach, odcinają się, nie korzystają z możliwości poznania innych kultur, jakie daje Londyn. Choć może brzmi to paradoksalnie – nie mają potrzeby uczenia się języka angielskiego.

Kazimierz Marcinkiewicz z Isabel

Sztandarowym przykładem jest tu nasz były premier Kazimierz Marcinkiewicz. Po raz pierwszy widziałem go w grudniu 2007 roku na przyjęciu w ambasadzie, mającym uczcić wejście w eter stworzonego tu Polskiego Radia Londyn (o wymownym skrócie PRL). Wtedy jeszcze, podobnie jak w większości Polaków, były premier budził we mnie wielkie zaufanie i sympatię. Jednak w czasie tego spotkania jego pozytywny wizerunek w moich oczach legł w gruzach (a było to jeszcze zanim „Super Express” do niego zadzwonił, podszywając się pod headhuntera, by obnażyć jego nieznajomość języka angielskiego). Były premier, teraz londyński pracownik Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, w ambasadzie, w obecności dostojnych gości, mówił po angielsku z silnym akcentem, niesamowicie kalecząc: „Aj rimember Pi Er El. Bat not de rejdjoł, noł, noł. De ril łan: komjunistik Pi Er El” – utkwiło mi w pamięci szczególnie to jedno zdanie. Resztę miałem też nagraną, ale skasowałem z dyktafonu. Była zbyt żenująca.

Za politykami nie przepadam, szczególnie za lanserami. Czasem jednak warto posłuchać, choćby profesora Władysława Bartoszewskiego, który w POSK-u, na pytanie, czy należy Polaków namawiać do powrotu, powiedział to, co chyba chciałem usłyszeć: „A czy rząd irlandzki wzywa Irlandczyków, którzy są w USA, żeby wrócili? Jakoś nie zauważyłem”. Według Władysława Bartoszewskiego „człowiek, który nie jest zakompleksiony, a kulturowo głęboko związany ze swoją ojczyzną, powinien też patrzeć z zainteresowaniem na inne kultury”. Chciałbym żeby Polacy w Londynie wzięli to sobie do serca.

Bo pić to trza umić

poniedziałek, 19 Kwiecień 2010

Oj szalony to był weekend.

Ostatnie piwo z ludźmi z Cooltury, w której swego czasu przeforsowałem taką okładkę:

Bo pić to trza umić

A dziś czuję się jak ten miś…