Wiktoria
Nad Oceanem

Od wjazdu do Wiktorii droga zaczęła się wić i kręcić. To już nie była rozległa równina, gdzie nie potrzebowałem żadnej mapy, bo z punktu A do B była tylko jedna ścieżka. Tutaj dróg plątało się mnóstwo, zaskakiwały mnie krzyżówki, zjazdy i podjazdy. Nareszcie jakiś wybór! Pojechać w prawo czy w lewo? Górą czy dołem? Przez las czy pastwiska? Przejeżdżałem przez wzniesienia, teren fałdował się, a jego łagodne zbocza porastały drzewa. Ba, nawet drzewa iglaste! Zobaczyć w Australii choinki to tak jak plamę kokosową w Kampinosie, a jednak się zdarza. Wiktoria powitała mnie drogą, która wiła się między pastwiskami pełnymi wełnianych owiec i majestatycznych krów.
**
Droga doprowadziła mnie nareszcie do spotkania z kolejnym żywiołem, tu zaczynała się The Great Ocean Drive i jak sama nazwa wskazuje przebiegała ona nad wodą, a żeby zasłużyć sobie na miano the great czyli wspaniałej, oczywiście była kręta.
Taka droga to wyzwanie. Nie można sobie pozwolić na podziwianie widoków, ani wczuwanie się w wiatr rozwiewający włosy, kask trzeba zacisnąć na głowie i raczej skupić się na utrzymaniu na asfalcie. Musiałem się nieźle nagimnastykować, wykręcając na prawo i lewo, pochylając i prostując, by tylko nie wylecieć z drogi i jakoś trzymać kurs. Słyszałem o kilku śmiałkach, którzy wrócili z tej trasy karetką pogotowia na sygnale, byli też tacy, którzy z niej nie wrócili. Nie ma żartów. Chociaż co mi się mogło stać? Znów na zakrętach jechałem 50 na godzinę… Stawaliśmy się z Tišiną coraz zgodniejszą i zgraną drużyną. Wiedziałem kiedy mogłem przycisnąć, a kiedy nie należało jej męczyć. Uczyliśmy się siebie i wydawało mi się teraz, że choć w zwolnionym tempie, to jednak już płynęliśmy po zakrętach.
Reborn in Melbourne
Kilka dni wcześniej, w swojej elektronicznej skrzynce znalazłem maila z zaproszeniem na polskie krówki (znowu krowy…) i numerem telefonu. List podpisany Magda z Melbourne, objaśniał jak tajemnicza nadawczyni znalazła moje zapiski w sieci, wyczytała żale, że mi się kończą pieniądze i samotnie muszę podróżować, postanowiła mnie zaprosić.

Jechałem przez miasto, wreszcie docierałem do centrum i przez gąszcz zjazdów z głównej drogi starałem się wypatrzeć ten właściwy. Pojawił się znak i zjazd na Toorak. Ruch uliczny był dość zmasowany, słyszałem klaksony, wypatrywałem znaków, śledziłem nazwy ulic i zastanawiałem się czy dobrze jadę. Łatwo dawałem się wyprzedzić, poruszając się bliżej chodnika, gdzie przystanął obok mnie żółtozielony tramwaj! Może niewielka to rewelacja w Warszawie czy Wrocławiu, ale tutaj znów Wiktoria mnie zaskoczyła, zapomniałem, że praktykuje się tu akurat ten rodzaj transportu miejskiego.
Byłem na tyle wdzięczny, że nawet nie obraziłem się, następnego dnia, gdy Magda zobaczyła Tišinę i parsknęła na tę okoliczność śmiechem. – Pisałeś, że to maleństwo, ale nie przypuszczałam, że aż takie!..
Przełknąłem tylko gorycz w sobie i nawet nie chciało mi się tłumaczyć, że przecież maleństwo czy nie – przebiłem się na drugą stronę kontynentu. Doturlałem się do samego Melbourne, gdzie dobrzy ludzie przygarnęli, nakarmili i wyprali, uważałem to za sukces. Magda zdecydowała jednak, że na rajd po mieście wybierzemy się jej samochodem.
**
Po tym wszystkim co widziałem już w tym kraju, Melbourne w pierwszej chwili wydało mi się tak bardzo nieaustralijskie. Przejechałem już jakieś 4000 kilometrów, ale nie wyobrażałem sobie nawet, że w tym kraju trąbi się na ulicach, że życie może tak tętnić i buzować, że przez przejścia dla pieszych może przetaczać się armia ludzi w garniturach i powiewających krawatach, że przerwy na lunch pociągają za sobą masy. Australia do tej pory wydawała mi się spokojną i trochę senną krainą. W niedzielę wieczorem w Perth wyczynem było znalezienie miejsca gdzie można się jeszcze napić piwa. Owszem byli ludzie w garniturach, ale wieżowce mieściły się tylko przy jednej ulicy! Tutaj biznes zajmował całe dzielnice.
W centrum Melbourne było inaczej. Ludzie gdzieś gonili, wsiadali, wysiadali, jedli, pili, żyli.
Szybko przekonałem się jednak, że miasto było jakby konglomeratem różnych klimatów. Była praca, ale był też i luz, była gonitwa i odpoczynek. Ulice centrum wydały mi ruchliwe jak Manhattan, ale dzielnica St. Kilda miała coś z dostojeństwa Paryża, było egzotyczne Chinatown, były dzielnice greckie, wietnamskie, było bogato i snobistycznie na Toorak, były dzielnice biedne. Było wszystko.

Stolica Wiktorii to drugie co do wielkości miasto Australii. Mówi się, że jest w swej atmosferze najbardziej europejskie, i coś w tym musi być, biorąc choćby pod uwagę tramwaje czy wiktoriańską architekturę domków. Chociaż, jak w całym kraju, jest też wiele innych wpływów. Śmiałem się gdy trafiłem na ulicę Batmana – niby takie europejskie miasto, ale amerykańskie komiksy czyta! Sięgnąłem jednak do źródeł i okazało się, że chodziło o Johna Batmana, założyciela miasta (choć ten Batman, inaczej niż jego komiksowy imiennik, stał raczej po stronie mroku). Batman mieszkał w Tasmanii gdzie był farmerem, który swe ziemie zdobywał nie zawsze w czysty sposób. W 1835 roku przybył w okolice przyszłego Melbourne i kupił (choć to może nie najlepsze określenie tej transakcji) 240 000 hektarów ziemi od Aborygenów, dając im za to 30 tomahawków, 40 koców, 100 noży, 200 szmat, trochę mąki i obietnicę późniejszej zapłaty. Oczywiście wszystko było nielegalne, rezydujący w Sydney gubernator tych ziem, zarządzający w imieniu Zjednoczonego Królestwa, nic nie wiedział o całej transakcji. Nikt nie przejmował się jednak papierami, przybywało coraz więcej osadników, a gdy władze wreszcie się o całym zamieszaniu dowiedziały, Melbourne miało już tysiąc mieszkańców i nie można było ich wszystkich aresztować.
Sam Batman, który przybywszy w te strony wypowiedział swe słynne słowa „to będzie miejsce na wioskę”, cierpiał na alkoholizm i zaawansowany syfilis, który zabrał go z tego świata w wieku lat 38. Pozostawił jednak nie wioskę, a nieźle prosperujące miasto.
Oglądałem je teraz i nie mogłem się nadziwić. Dzielnica Toorak należy do bardziej snobistycznych. Renomowane sklepy, wspaniałe domy. Są ludzie, którzy wynajmują skrzynki pocztowe, by tylko móc podać adres w tej dzielnicy, choć mieszkają zupełnie gdzie indziej… Magda cytowała pytania jakie padają w tych kręgach, gdzie bywa czasem na spotkaniach przeróżnych nobliwych klubów – W której szkole uczy się twoje dziecko? A jaką ty kończyłaś?
Jakby na dowód zabrała mnie na obchód sklepów, gdzie można znaleźć buty za 2000 dolarów. I to jeszcze jakie! Czarne, wysokie szmaciane tenisówki za kostkę, u nas to jest made in China i kosztuje 12 złotych, tutaj w wersji ze zwężonym czubem, wysokim obcasem, metką, że wyprodukowano we Włoszech i i ceną 1999 dolarów… Musiałem dotknąć, bo inaczej bym nie uwierzył.
W dzielnicy Toorak takich sklepów jest więcej. Magda zwróciła mi uwagę na poszerzone miejsca parkingowe, by mogły się w nich zmieścić wielkie i błyszczące samochody terenowe, prowadzone przez damy, które niewiadomo dlaczego potrzebują właśnie takich wielkich aut, by przyjeżdżać na zakupy broszek do jubilera.
Nieco dalej, na Chapel Street obserwowaliśmy kolejne zjawisko. Ulica jest bardzo przyjemna, pełna lepszych barów i restauracji, ale w weekendowe noce całkowicie się korkuje, choć wszystkie drogi dookoła są jak najbardziej przejezdne. Pojawia się rząd błyszczących samochodów z wyżelowanymi młodzieńcami w ciemnych okularach, w których odbijają się krzykliwe makijaże dziewcząt, muzyka płynie ze środka przez otwarte szyby, swym łomotem zagłuszając wszelkie rozmowy ludzi w kawiarenkach, pełen szpan. I tylko jeden szczegół, który zwraca uwagę zgryźliwego obserwatora: na przedniej szybie każdego samochodu widnieje wstydliwa, demaskująca gówniarstwo, ale niestety obowiązkowa mała tabliczka z literą P… tutejszy „Zielony Listek”, początkujący kierowca.
**
Na szczególne zakupy wybraliśmy się do dzielnicy St. Kilda, gdzie zbiera się bohema. Klimat przypomniał mi Paryż, jego małe kawiarenki i siedzących przy stolikach debatujących artystów – malarzy, muzyków, poetów. Tutaj też uliczki pełne były knajpek, usiedliśmy w polskiej cukierni, gdzie ciastka patrzące na ciebie z wystawy krzyczały – Zjedz mnie!
Mówi się, że w Melbourne jest najniższy na świecie odsetek ludzi chodzących do kościoła, nie dziwi więc, że budynki sakralne zostały zagospodarowane inaczej. Na Chapel Street wstąpiliśmy do baru przerobionego ze świątyni, a wielkie telewizyjne ekrany pokazywały mecz futbolu australijskiego, właśnie zaczął się sezon. Jak się wydaje w Melbourne to sport stał się religią. Gdy szedłem po następne piwo na ścianie zobaczyłem naklejkę pokazującą stosunek do wiary: „everyone needs to believe in something: I believe I`ll have another beer”.
Syrenka

Wybraliśmy się z Magdą na plażę w okolicach portu dla jachtów, rozmawialiśmy spacerując. W pewnym momencie mój wzrok powędrował w kierunku ciemnoskórej dziewczyny o czarnych kręconych włosach, która siedziała tuż przy krawędzi wody. Na brązowej skórze dekoltu błyszczał łańcuszek, a jeszcze niżej zwiewną bluzeczkę uwypuklały dwie kształtne piersi. Siedziała przy samej wodzie, okładając swoje wyprostowane nogi mokrym piaskiem. Trochę zdębiałem, bo dla mnie nałożone jedna na drugą, zakopane w piasku wydały się płetwą… Zobaczyłem syrenkę… no ale czy ktoś kto tak pięknie wyglądał, siedząc na plaży i okładając się mokrym piaskiem mógł być postacią realną?
Nie miałem odwagi podejść, zawstydzony pstryknąłem zjawisku tylko zdjęcie, ale tajniackie, gdzieś z tyłu i z daleka. Magda popatrzyła na mnie z politowaniem. – Co się boisz? – Nie wiem, nigdy nie widziałem syrenki…
Magda nie patrząc na mnie przykucnęła i zaczęła z nią rozmawiać. Dziewczyna powiedziała, że jest z Somalii, ma na imię Ardo i studiuje angielski, a ja nie mogłem wykrztusić z siebie słowa. Wreszcie Magda wspomniała, chcąc mnie chyba ośmielić, że podróżuję wokół Australii motocyklem. To nie pomogło. Syrenka popatrzyła wtedy na mnie jakimś dziwnym wzrokiem, pełnym niepokoju, troski i szczerej obawy – Przecież to niebezpieczne, nie możesz tak jeździć – powiedziała wpatrując we mnie swe duże oczy, aż przeszły mnie ciarki – na motorze nietrudno o wypadek, można się nieźle połamać. Musisz uważać!
Uśmiechnęła się jeszcze, wstała, otrzepała piasek, weszła do wody i po chwili zniknęła. Poczułem jakiś dziwny niepokój. Pewnie już nigdy w życiu się nie spotkamy, a czy wezmę sobie jej ostrzeżenia do serca?
**
Pozostając jeszcze na plaży, na Brighton Beach, nie takiej znowu pięknej i widowiskowej, z szaroburym piaskiem, Magda pokazała mi drewniane domki, czy raczej kolorowe budki, z których każda warta jest 50 tysięcy dolarów za wieczną dzierżawę. Do czego mogą służyć te wymalowane we wszystkie kolory budowle? Ustawione w rzędzie, żółte, czerwone, z australijską flagą, z zielonymi drzwiczkami, z białym dachem. Wszystkie w żywych i mocno kontrastowych barwach.

Z kilkudziesięciu zabytkowych budek jedna była otwarta, zbliżyliśmy się więc ukradkiem, by podpatrzeć co takiego jest w środku chatki uwiecznionej na każdej pocztówce – Nic nie ma. Cała drewniana konstrukcja wypełniona jest tylko snobizmem, aż po dach. Zwykła kolorowa szopa za grubą kasę. Ale skoro inni mają, ja też muszę!
No i zmiękłem, przeparkowałem… Dupa ze mnie nie bushranger.


