Three Ways | Sępek Świata - w podróż zaprasza Jarek Sępek



Three Ways

Może obrabuj bank, czy coś…

australian outback

Wreszcie nastąpił długo oczekiwany zwrot, musiałem skręcić na zachód. Jeśli spojrzy się na mapę właściwie mógłbym jeszcze trochę pojechać wzdłuż oceanu i rafy do góry, aż do Cairns. Co z tego jednak gdy musiałbym wracać… Byłem w Townsville, i właśnie stąd wiodła jedyna rozsądna droga na zachód. Wyżej było tylko trochę ścieżek, zaznaczonych na mapie jakimiś małymi niteczkami, zbyt małymi i niepewnymi jak dla mnie. Miałem dość wczasów, choć z żalem żegnałem Pacyfik. Po tej stronie Australii nie udało mi się zrealizować wizji pędzenia wybrzeżem w towarzystwie wysokiej blondynki… Musiałem spróbować szczęścia gdzie indziej. Znów uderzyłem w busz.

Od wyjazdu z Perth przejechałem już 10 tysięcy kilometrów. Najbardziej odczuł to tyłek i kolana. Jedna cyferka przeskoczyła w liczniku, a tak wiele się przecież zmieniło, byłem już po drugiej stronie kontynentu, od teraz już w drodze powrotnej. Jedna mała cyferka. Inne muszą pracować mozolnie, pokazują setki, dziesiątki, a nawet jedności. Pierwsza cyfra nie męczy się za bardzo, dostojnie pokazuje 3, a gdy przyjdzie pora, zmieni się na 4, zapadnie w sen i poczeka na kolejne marzenie, na kolejną podróż.

**

Na początku jakby przez tunel – wiszące nisko czarne chmury, niewysokie drzewa przy drodze i czerwony piasek na poboczu – wszystko to rysowało kontur prostej drogi.

Kabel licznika, który naderwał się przy wypadku, teraz odpadł całkowicie, unieruchamiając wskaźniki. Nie znałem już odległości, nie miałem prędkości, a jednak czułem pęd. Nie miałem pojęcia ile na godzinę jechałem, czasem mierzyłem tylko odległość między znakami i orientacyjnie mogłem powiedzieć. Nie było to jednak ważne. Jechałem swoim tempem, teraz nawet prędkość przestała być ważna. Po prostu jechałem. Wreszcie z czarnej chmury zerwał się deszcz, a jego cienkie krople jak szpilki siekały w twarz. Nieważne. Jechałem.

Nie wiedziałem jak daleko jest do stacji benzynowej, ile ujechałem, ile przede mną. Zegarki też dziwnie się zachowywały, może przez te zmiany czasu, jeden pokazywał 7 inny 9.34, któremu wierzyć?

Silnik przerywał, wiedziałem, że nie lubił takiej pogody. Zaczynało zalewać mi oczy, skórzana kurtka przemakała, nie mówiąc już o chlupocie w butach. Mokre spodnie, plecak z komputerem, paszport.

australian outback

Wreszcie przy drodze pojawiła się jakaś osada. Lało coraz mocniej. Zatrzymałem się przy stacyjce benzynowej z barkiem, który był też sklepem i pocztą. Obok stała opuszczona szopa, zaparkowałem pod jej dachem, przebiegłem jeszcze kilka metrów w deszczu i wszedłem do budynku. Przez okno widziałem ładną dziewczynę, która tankowała swego starszawego holdena, ciekawe co robiła na takim pustkowiu? Biegła na boso przez deszcz, biust falował, wskoczyła do budynku przez odsuwane drzwi, uśmiechnęła się, szybko zapłaciła i uciekła.

Deszcz padał, zastygłem z kubkiem kawy w dłoni, nie ruszałem się. Zapatrzyłem się bezmyślnie na jakiś program o gotowaniu w telewizji. Facet używał najtańszych supermarketowych bezmarkowych przypraw. Czy po tym można poznać kucharza, jakich przypraw używa, czy jak ich używa? Wyjrzałem na zewnątrz, przejaśniło się nieco. Ale tylko na chwilę…

Kolejny zryw, wskoczyłem na drogę, ale deszcz znów zaczął padać i nie widziałem już nic. Szybę od kasku miałem tak porysowaną, że nie mogłem jej zasłaniać, jechałem w samych okularach słonecznych, ale gdzie to słońce? Ciężkie krople spadały na twarz i kolana. Przemokłem już cały, jechałem w krótkich spodniach, nogi zaczęły mi się trząść z zimna, przysuwałem je więc coraz bardziej do silnika, by się ogrzać. Nie pomagało, musiałem zatrzymać się w środku pustego pola, by się przebrać. Nie było się gdzie schować, bagaż miałem tak ułożony, że musiałem wszystko rozpakować, poodpinać, i dokopać się do spodni, które schowałem na samym dnie torby… Walczyłem z bagażem, w strugach deszczu stojąc pośrodku pustej drogi w samych majtkach, ale w skórzanej kurtce. Trzeba trzymać fason.

Wreszcie z ciemności wyłonił się zjazd do niewielkiej miejscowości przy drodze, zobaczyłem sklep, dwa domki i pub z hotelem. Miejsce musi być często odwiedzanym przystankiem przez podróżnych, bo stoi tu też publiczny szalet. Teraz jednak w środku nie było nikogo, nie krępowałem się zbytnio i władowałem się całym motorem do środka. Zaparkowałem w męskim.

Pobiegłem do pubu naprzeciwko w strugach wody lejącej się z nieba. Budynek był parterowy, wyglądał trochę jak z westernu, przed wejściem była weranda, a nad nią stary i wyblakły żółty szyld i tablice reklamowe z markami piwa VB i XXXX.

outback

Zbliżałem się do tropików, przed lokalem rosła rozłożysta palma, w oknach nie było szyb tylko drewniane okiennice, teraz, mimo deszczu otwarte na oścież.

Trochę drżałem, byłem przemoknięty do suchej nitki, głośno i przeciągle pociągałem nosem. Wszedłem do środka, było pusto, krzesła poustawiane na stołach.

Starszy barman z siwym wąsem, w szortach i podkoszulku, na boso, snuł się za ladą i pogwizdywał. Zamówiłem kawę. Siedzieliśmy sami, ze stołka przy parapecie oglądałem deszcz, było ciepło, ale mokro i duszno. Barman otworzył sobie puszkę z piwem. Wiatrak leniwie się kręcił. Kot przeszedł z pokoju z telewizorem i wspiął się na bar.

- To nie jest prawdziwy deszcz – powiedział wreszcie barman. – to coś niezwykłego o tej porze roku. Gdy rzeczywiście pada mamy sześć cali wody w kilka godzin.

- Dla mnie jest prawdziwy, cały jestem mokry.

- Jak się skończy nie będziemy mieli ani kropli aż do grudnia.

- A kiedy się skończy?

- Jutro, pojutrze.

Pora deszczowa, która trwa tu od grudnia do końca marca, na szczęście już minęła. Jest to okres największej i najbujniejszej wegetacji roślin, w tych rejonach Queenslandu poziom wody w strumykach podnosi się o setki centymetrów, więc gdybym przybył tu wcześniej powinienem raczej zmienić motocykl na skuter wodny. Leje na okrągło, chociaż trudno mi było uwierzyć, że mógłbym być jeszcze bardziej mokry.

Zamówiłem kolejną kawę, ten „niespotykany o tej porze deszcz” mógł jeszcze trochę potrwać, miałem mnóstwo czasu, bo jeśli tak będzie lało nie miałem zamiaru się ruszać. W ostateczności mieli tu pokoje za 20 dolarów.

Deszcz nie ustawał, w barze pojawiały się kolejne osoby uciekające przed zmoknięciem. Przed wejściem pojawił się wielki i ryczący motocykl, w progu stanął olbrzymi facet, w skórzanej kamizelce, od progu zamówił herbatę z rumem i usiadł przy barze. Gdy pod jego nosem znalazł się wreszcie kubek z aromatycznym napojem, zaklął soczyście na pogodę i ręką z wielkim tatuażem uniósł go do ust, przez gęstą brodę wielkimi łykami wlewając w siebie. Człowiek jeździł w samym podkoszulku i kamizelce, świecąc na deszczu na łyso ogoloną głową. Musiał ratować się rumem.
Pojawiło się dwóch następnych amatorów motocyklowej jazdy. Jechali do Charters Towers, następnego większego miasteczka przy tej trasie. Wyglądali raczej na weekendowych jeźdźców, chcieli sobie tylko zrobić mały spacerek, gdy zamówili piwo, barman się z nich roześmiał – Dla przyjemności jeździcie?

Ci tylko głośno bluzgali na pogodę i strzepywali krople wody z kurtek.

Pojawili się następni klienci. Miejscowi farmerzy, stali bywalcy, zaczęli wspominać ostatnią imprezę i pieczenie barana. Siedziałem w kąciku i przysłuchiwałem się rozmowom. Nigdy nie wiesz gdzie cię licho zagna, dziś wszystkich nas deszcz sprowadził właśnie tutaj.

Rozejrzałem się jeszcze po lokalu i na lodówce zauważyłem ogłoszenie, że sprzedaje się tu salami, Polish i Hungarian, po 8 i pół dolara. Polskie salami podobno mniej ostre.

Górnicy, policjanci i połamańcy

Wdzierałem się w głąb kontynentu, krajobraz czasami stawał się tak monotonny, że nie mogłem się nadziwić, jak prosty odcinek może być tak długi. Dziwne to było uczucie, bo mój wskaźnik prędkości pokazywał ciągłe zero, licznik kilometrów się nie kręcił, wokół puste, płaskie po horyzont pole, porośnięte tylko niską żółtą trawą, niby jechałem, a jakbym w ogóle się nie poruszał…

Na szczęście czasem pojawiały się ludzkie osady, dzięki którym wiedziałem, że nie zastygłem w jakimś niebycie. Jechałem przez małe miasteczka, przekraczałem wyschnięte strumienie. Nie była to jeszcze tak bardzo dzika okolica, zdarzały się większe miasta, czasem drogi się krzyżowały, było trochę mniejszych i większych.

outback

Zatrzymałem się na parkingu przy drodze, by rozprostować kości. Po chwili pojawił się przy mnie motocyklista i jego lśniąca metaliczną poświatą niebieska maszyna. Zainteresował się dziwnym wyglądem mojej Tišiny, całej obwieszonej torbami, kanistrem i Bóg wie czym jeszcze. Stałem zawstydzony, ale facet uśmiechał się i z aprobatą kiwał głową. Powiedział, że jest pasjonatem motocykli i nie wyobraża sobie innego sposobu podróżowania. Sam pracował jako górnik i do pracy dojeżdżał motorem, co dwa tygodnie 600 kilometrów. Nie chciał zorganizować tego inaczej, choć jego koledzy wybierali raczej podróż samolotem. On musiał jeździć, właśnie kupił najnowszą yamahę, za 25000 dolarów… Opowiadał o tym jak wcześniej był kurierem motocyklowym w Melbourne i tym, że co roku lądował w szpitalu z powodu jakiegoś wypadku i patrząc na moje pokiereszowane kolana stwierdził, że – Jest tylko jeden sposób, by się na motorze nauczyć jeździć – trzeba zedrzeć trochę skóry…

Jakbym to wiedział wcześniej, może bym się nie ładował w taki sport. Teraz zdartą miałem nie tylko skórę, sam motor też nie wyglądał zbyt zachęcająco. Gdy zatrzymała mnie policja do rutynowej kontroli, pytali dlaczego maszyna jest tak koszmarnie oklejona plastrami… Policjant zauważył też szramę na kolanie, powiedziałem więc, że to od kangura, na co on ze śmiechem krzyczał do swojego kolegi – Chodź zobacz co się dzieje jak nocą jeździsz motorem!
Żenujące.

**

Po tym jak minąłem już miasteczka Charters Towers czy Cloncourry, teraz przy drodze pojawiały się tylko maleńkie osady jak Torrens Creek. Jak powiedział mi jeden starszy pan – Pędzisz, mrugniesz i nawet ich nie zobaczysz. Cała cywilizacja to przydrożny hotel, sklep, posterunek policji, kiosk i kilka domków. Nazwa pochodzi od strumyczka, który o tej porze roku jest już tylko suchym korytkiem.

Wszedłem na kawę do hotelowego baru, który na płocie miał przypięty transparent z sugestywnych hasłem – Zatrzymaj się na jedzenie, zanim obaj umrzemy z głodu.

Ale co tutaj można robić innego, oprócz wymyślania chwytliwych sloganów? Czytałem napisy w toalecie, jakiś domorosły filozof naskrobał nad umywalką: Australijczycy uważają, że sto lat to długi czas, ale Europejczycy twierdzą, że sto lat to długa droga. Czy coś w tym jest?

Napisy nad barem były już mniej wyszukane, musiały trafiać do odbiorców: Kredyt jest jak seks, niektórzy go dostają inni nie.

australian outback

Przeglądnąłem lokalną gazetę. W okolicach Townsville widziano w rzecze dwu i pół metrowego krokodyla. Trzeba uważać gdy się łowi ryby i nie majtać nogami ani rękami przez burtę, kiedy się pływa taką rzeczką – radzili specjaliści. A poza tym – twoje bezpieczeństwo to twoja odpowiedzialność.

W Torrens Creek życie toczyło się spokojnie. Nikt nie poszedł stąd na wojnę, nikt nie zginął, nie walczył o niepodległość, za wolność naszą i waszą. Przy drodze stał tylko pomnik listonosza, dzielnego człowieka, który służył tutejszej społeczności przez 23 lata.

Życie toczyło się spokojnie, a na każdy problem była łatwa odpowiedź. Gawędziłem z barmanem o podróżowaniu, mówiąc że z kilku rzeczy musiałem zrezygnować z braku czasu i pieniędzy. Ale co możesz zrobić? Pytałem retorycznie. – Obrabuj bank! – zakrzyknął barman, uradowany, że ma dla mnie taką prostą odpowiedź. Legenda bezprawia wiecznie żywa…

Trzy ścieżki

Momentami nawierzchnia drogi pozostawia wiele do życzenia i nie chciałem sobie nawet wyobrażać mniej uczęszczanych tras wyżej na północy. Na kilka kilometrów zmieniła się w jeden pas szerokości zaledwie czterech metrów, a z naprzeciwka nadciągały ciężarówki z wielkimi metalowymi kratami na przedzie. Musieliśmy się minąć, nie mogłem hamować, niewskazane były żadne gwałtowne ruchy, asfalt zapadał się po boku, pobocze było 10 centymetrów niżej. Skulałem się więc i nachylałem głowę do ataku. Kolos nadjeżdżał, kątem oka widziałem rzędy kół, które mnie kolejno mijały… uff. Oprócz ciężarówek i samochodów z napędem na cztery koła prawie nikt inny tędy nie jeździ. Nikt normalny przynajmniej.

**

Dotarłem do małego miasteczka Camooweal, była to ostatnia stacja z jakąś większą cywilizacją przed setkami kilometrów pustkowia. W poszukiwaniu miejsca na nocleg krążyłem w jedną i drugą stronę wypytując o ceny kawałka ziemi, z dostępem do prysznica.

W pewnym momencie podjechał do mnie terenowy samochód policyjny, wychynął z niego oficer i z uśmiechem zakrzyknął: – G`day, mate! – Zapytał czy nie potrzebuję pomocy, bo wyglądam na trochę zagubionego. Podziękowałem i powiedziałem, że chyba sobie poradzę, bo przecież trudno się zgubić w miejscu gdzie cywilizacja ma tylko jedną ulicę… Ryknął śmiechem i przyznał mi rację.

Cała osada liczyła 360 mieszkańców. Bar tradycyjnie oblegały dziarskie chłopy w kapeluszach, miejscowe zakapiory. Na stacji benzynowej zjawiały się tylko auta terenowe, czasem z przyczepami kempingowymi, czasem z przypiętymi łódkami.

Nieopodal, w bocznej piaskowej uliczce, w cieniu niewielkiego budynku siedziała w kucki grupa Aborygenów.

A na samym końcu mieściny był wielki parking, na którym kilka długich ciężarówek, po trzy ciężkie przyczepy każda, zwróconych było w stronę zachodu słońca. Dalej oprócz wąskiej drogi nie było już nic.

**

Droga prowadziła do Terytorium Północnego. Kilka następnych dni znów jechałem przez równinę, porośniętą tylko żółtą, wyschniętą trawą. Dobrze, że zaopatrzyłem się w paliwo, bo odległość do następnej stacji wynosiła raz nawet 265 kilometrów. Po drodze nie było nic oprócz posterunku policji, i pewnie wielu musi być zdesperowanych kierowców, bo policjanci zdecydowali się nawet postawić znak drogowy z napisem – sorry, no fuel. Ale jakby w ramach przeprosin, do znaku podpięty był plakat ze strzałką, rysunkiem kubeczka dymiącej kawy i napisem free. Darmowy napój i herbatniki.

outback

Robiłem dziewięćdziesięciokilometrowe skoki bez zatrzymywania się, chociaż tyłek bolał niesamowicie. Wszystko co widziałem po drodze oprócz kopców, to sokoły pastwiące się nad rozjechanymi kangurami, a czasem też wielkie orły (widziałem ich cień) i zaganiacze bydła sunący przez busz na motorach. To nowy wymiar motocykla – używany nie dla przyjemności, nie dla zabawy, a jako narzędzie, które zastąpiło konia.

Lista rzeczy, które zobaczę podczas podróży wokół Australii pomiędzy wielkimi miastami, którą żartownisie z baru mi podyktowali na początku, mimo wszystko zapełniła się krzyżykami. Widziałem dużo, niestety, rozjechanych kangurów, były potrącone owce, a nawet uderzona krowa… nie wspominając już o piasku i pyle, no i puszkach po piwie. W tych stronach, na olbrzymich pustkowiach, znaki podziurawione kulami to też normalka…

Nawierzchnia dróg bardzo się poprawiła, właściwie na Terytorium była idealna, chociaż nie ma się co dziwić – mają tutaj dwie drogi na krzyż (dosłownie!!!), więc o nie dbają.

Jechałem nie oszczędzając siebie i maszyny, aż wreszcie obejrzałem swoją tylną oponę – była kompletnie łysa. To już przecież ponad 12 000 kilometrów… W jednym miejscu stała się nawet ażurowa, wystawało z niej płótno… Ale gdzie ja w takim miejscu znajdę pasującą oponę? Musiałem znacznie zwolnić, wlokłem się niesamowicie w palącym słońcu, byle do najbliższej osady. Poczułem się jak na beczce prochu, tak sobie wyobrażałem, w każdym momencie mogła wybuchnąć. Bałem się, że tracę przyczepność, ale najbardziej tego, że opona może w każdej chwili pęknąć i znów doprowadzić mnie do zetknięcia z asfaltem. Nie dopuszczałem do głowy myśli o konsekwencjach… ale i tak orbitowały one wokół tego jednego – opony, jej struktury, powierzchni. Wtapiałem się w nią, stapiałem, odczuwając każdą nierówność, każdy kamyczek, każde gwałtowne hamowanie. Auuuu.

Opona była łysa, płótno przezierało, jechać ciężko, ale zatrzymać się jeszcze gorzej. Wszędzie latały miliardy much, na parkingach chodziłem w kasku, a i tak wpychały się wszędzie. Choćbyś nie wiem jakich metod używał, opędzał się, a może nie zwracał na nie uwagi, choćbyś nie wiem jakim był stoikiem – zawsze wyrwie ci się przeciągłe „kurrwa!” gdy taka jedna z drugą wepcha ci się do nosa.
Uroki outbacku.

Chwilę grozy przeżyłem jednak dzień wcześniej gdy poszedłem do kibelka. Podnoszę deskę, a tam z wody wyskakuje na mnie wielka zielona żaba!

Dobrze, że chciałem tylko siku i stałem przodem, nawet nie chcę myśleć co by było gdybym usiadł…

**

Ciągle stojąc na parkingu, w chmurze much egzaminowałem swoją oponę. Podniosłem głowę, by odpędzić to brzęczące cholerstwo i w oddali zauważyłem jakiś punkt, który zbliżał się mozolnie w moją stronę. Po kilku minutach stanął przede mną zziajany rowerzysta. Dlaczego oni ciągle wybierają takie pustkowia?

Był to młody chłopaczek, samotnie pokonywał trasę wokół kontynentu, pochodził z Austrii, a na imię miał Andreas. Rozmawialiśmy chwilę, ciągle opędzając się od much. Choć Andreas był już w połowie drogi, miałem wrażenie, że nadal nie był jeszcze z nią pogodzony, nie wyglądał na zadowolonego, męczyła go monotonia – jak mówił. Ubrany w strój kolarski, obcisłe spodnie i kask, prowadził przed sobą rower uzbrojony dookoła w sakwy i poprzypinane wszędzie gdzie było to możliwe butelki z wodą.

Opowiedziałem mu więc anegdota, o którymś ze słynnych kolarzy: pytali go – Pan tak wiele podróżował, ścigał się we Francji, Włoszech, co panu utkwiło najbardziej w pamięci?
Na co kolarz – Przednie koło…

**

Było strasznie gorąco, słońce świeciło prosto w oczy, kierowałem się na zachód. Aby zapewnić sobie przewiew jechałem w krótkich spodniach, ale rany na kolanach podgrzewały się, czułem też jak piecze mnie twarz, nogi i wierzch dłoni.

outback

Zachodzące powoli słońce świeciło prosto w twarz ograniczając widoczność, a to wiadomo – podoba się kangurom. Nagrzewał mi się kask, czułem w głowie ogromne ciepło i krople potu zbierające się na nosie.

Zwolniłem, rozglądając się na boki. Wokół czerwona ziemia pobocza, z której wystawały niewielkie kępy zielonej trawy, różne krzaki i wyższe łodygi żółtego jakby zboża. Dalej rosło kilka niewysokich drzew.

Odbiłem od drogi i wjechałem w krzaki, po suchej, czerwonej ziemi poruszałem się gładko, jadąc jakieś kilkaset metrów, przedzierając się pomiędzy niskimi roślinami i kopcami pracowitych termitów.

Czułem już powoli jak przychodzi zbawienne ochłodzenie, obserwowałem zachód słońca nad buszem, lekkie promienie słońca połyskujące na rozgrzanym baku motocykla, ech ten romantyzm… ale ciągle nie chciałem ściągnąć kasku, by nie dopuścić latających much do twarzy. Przez pół godziny tłukłem wszelkie robactwo, które dostało się do namiotu wraz ze mną kiedy wchodziłem i drzwi przez sekundę były odsłonięte.

Gdy wreszcie położyłem się w śpiworze, zacząłem obmyślać swoją pozycję. Życie w podróży jest piękne, gdy ma się pieniądze, nie trzeba się niczym martwić, stan jest błogi, stan zawieszenia. Tym się trzeba bawić, niczym się przejmować, jechać i cieszyć się każdym dniem. Łatwo powiedzieć. Zawsze przychodzą wątpliwości. Martwiłem się stanem technicznym maszyny, i tym, że komputer nie działa poprawnie. Kolana jeszcze pulsowały, niewiele do jedzenia, kończyły się pieniądze. Zamknięty krąg. Ale jechałem. Wydawało mi się to najważniejsze. I ciągle jeszcze się tym cieszyłem.

Traktowałem już tę wyprawę trochę jako pielgrzymkę, walkę ze sobą, z materią i przeciwnościami. Dlaczego nie kupiłem sobie za te pieniądze wycieczki w jakiejś ciepłe kraje? Bo chciałem coś udowodnić? Ale co? Komu?

**

Następnego ranka znów ruszyłem na zachód, mając teraz wstające słońce za plecami, świecące w obu lusterkach. Wszystko było takie dziwne, dzięki tym odbiciom widziałem dwa słońca, byłem bardzo daleko od domu, otoczony przez czerwoną ziemię… Jechałem na zachód, lecz nagle droga się urwała. Dotarłem do skrzyżowania – w samym środku buszu pojawił się rozjazd i trzy ścieżki do wyboru: mogłem powrócić na wschód, skręcić do Alice Springs na południe lub do Darwin na północ.

Miałem przed sobą wybór kierunku, skoro dotarłem tak daleko, nie mogłem zawrócić. Postanowiłem skręcić w prawo, kierując się na północ w stronę oceanu. Pomyślałem jednak, że jestem gotów podjąć jeszcze jedną decyzję, wiedziałem, że jadąc dalej i dalej, coraz trudniej będzie się gdzieś zatrzymać. W kieszeni miałem małą szklaną buteleczkę z brązowym trunkiem, kupioną na czarną godzinę. Zamiast wypijać, postanowiłem ją zakopać w buszu, robiąc z niej mój mały prywatny skarb, który kiedyś powrócę odnaleźć. Pudełkiem na kanapki wykopałem dziurę w czerwonej ziemi, zaznaczając wcześniej miejsce na wykonanej przez siebie mapie. Butelkę włożyłem do drewnianej skrzyneczki, na której nabazgroliłem w te słowa poważne:

Mam 24 lata. Podróżuję. Przez Australię i własne myśli.

Jestem na skrzyżowaniu, wybieram jedną z dróg: chcę podróżować i pisać o tym. O tym co widzę, co czuję, kogo spotykam.

Powrócę jednak kiedyś w to miejsce, gdzie decyzja zapadła – za lat kilka, może kilkanaście – by zobaczyć czy dobrze wybrałem.

Odnajdę wtedy tę butelkę i wypiję za zdrowie trafnego wyboru, lub zaleję się z powodu zmarnowanej szansy.

australian outback

Powodzenia mate. Amen.