Sydney | Sępek Świata - w podróż zaprasza Jarek Sępek



Sydney

A jednak podskoczył

Przez kilka miesięcy swoje sieciowe zapiski tytułowałem „Niech mi kangur nie podskoczy”, uważając to za niezły i trochę zabawny nagłówek. Gdy wreszcie wyruszyłem w trasę, zmieniłem na coś o motocyklu i mściwy kangur mi podskoczył…

australian outback

Miałem zderzenie.

Jechałem w ciemnościach (dlaczego?!), gdzieś w okolicach góry Kościuszki. Drogę oświetlał tylko lekki snop światła z przedniej lampy. Nagle zobaczyłem w nim wielki kontur – parę uszu, zarys pyska i górę mięsa. Kangury nie są najmądrzejszymi zwierzętami, rzucają się wprost pod koła, nie mogłem nic zrobić.

Sunąłem jakieś 70 na godzinę, nawet nie wiem czy zdążyłem chwycić za hamulec, trzask, huk uderzenia, straciłem panowanie, zawirowanie, kilka obrotów na asfalcie, trawa, leżę…

Ocknąłem się po ułamku sekundy, spróbowałem się otrząsnąć, krew pulsowała w głowie, mózg wysyłał sygnały do wszystkich kończyn by sprawdzić czy są całe, ale odpowiedź nie nadchodziła.
W szoku, desperacko, zmarzniętymi rękami sprawdzałem nadgarstki, próbowałem poruszać nogami. Trzęsłem się, zrzuciłem z głowy kask i chwyciłem powietrze.

Dookoła ciemność i nieznośne dzwonienie w uszach, przewrócony motor z wybitym światłem dogorywał w płytkim rowie, dusił się i warczał, aż wreszcie zamilkł.

Po chwili zatrzymał się przy mnie jakiś terenowy samochód. Kierowca wyskoczył ze środka, dopadł do mnie i pytał czy jestem cały.

– Chyba tak, nie wiem – wydusiłem. Wyciągnął latarkę i poświecił na moje kolana, były całe we krwi. Podniosłem się z ziemi, spodnie były podziurawione, nie miałem lewego buta, od kasku odleciała plastikowa osłona.

Znów obmacywałem wszystkie kończyny, nie mogłem przestać się trząść, teraz dopiero zacząłem cokolwiek czuć, kolana krwawiły, ale mogłem stać, bolały mnie obite żebra, ale chyba nie miałem złamań. – Cały, dzięki Bogu. – odetchnąłem głęboko.

Podnieśliśmy motor, z baku wyciekało paliwo, przód był cały rozbity, kierownica wykrzywiona, na szczątkach lampy znalazłem strzępy kangurzego futra.

Trochę już ochłonąłem, kierowca, który teraz świecąc dookoła latarką próbował znaleźć w ciemnościach zwierzę, powiedział, że jechał za mną, widział moje tylne światło, a potem nagle pojawiły się iskry.

Oddychałem głęboko, znów dotykając wszystkich kończyn. Ruszałem kolanami, krew sączyła się przez podziurawione spodnie.

Spróbowałem odpalić maszynę, ale silnik nie chciał zaskoczyć. Obok nas zatrzymywały się jakieś inne samochody. – Zderzył się z roo. Kangur uciekł w busz. – Informował ich ten, który pierwszy się zatrzymał. – Zostawił tylko trochę sierści…

Wreszcie odpaliłem. Zdecydowaliśmy, że człowiek, którego imienia nawet nie poznałem, będzie mnie eskortował do najbliższego kempingu, który miał być za 10 kilometrów. Upierałem się, że mogę jechać, chociaż nie miałem przedniego światła, a noc była tak ciemna, że nie było nic widać na metr.

Samochód jechał przodem, 50 na godzinę, a ja za nim. Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy na miejsce. Dziękowałem swojemu wybawcy bardzo serdecznie.

– Nie wiem co bym bez kogoś takiego zrobił.

– Tacy jesteśmy w Australii – odpowiedział – Nigdy więcej nocnego jeżdżenia! – rzucił jeszcze na pożegnanie, upewniwszy się, że rzeczywiście wszystko ze mną w porządku.

- Obiecuję, mam nauczkę…

Zostałem sam.

Porzuciłem maszynę i cały sprzęt, obolały poszedłem pod prysznic. Rozbierałem się chyba z dziesięć minut, jęcząc z bólu przy ściąganiu kurtki i spodni. Niezłe dziury w kolanach… teraz trochę już zastygły, nie mogłem zginać nóg. Ściągnąłem koszulkę i pociąłem ją na pasy, zrobiłem z nich opatrunek by zatrzymać krwawienie, byle do rana. Idąc jak Frankenstein bez zginania nóg, wróciłem do maszyny, musiałem jeszcze rozłożyć namiot, na szczęście tę czynność opanowałem już dobrze. Oddychałem głęboko. Wczołgałem się do środka, wiedziałem, że muszę zasnąć jak najszybciej, spać, przespać to, rano spojrzę na sytuację trzeźwiej. I tylko jedna myśl kołatała mi się w głowie gdy leżałem tam na wznak, nie mogąc nawet zamknąć oczu – przez swą głupotę otarłem się o coś, czego nazwę boję się nawet wymówić.

To takie abstrakcyjne – kangur na drodze, aż nie do uwierzenia. Ludzie ostrzegali – pod żadnym pozorem nie jeździj w nocy! I co? Trzeba było słuchać Syrenki… Już wiedziałem dlaczego wszystkie terenowe samochody, a nawet osobowe, mają przed maską zamontowane potężne ochronne rury. Teraz już wierzyłem całym swoim jestestwem – kangury są materialne, i to bardzo.

Znów się trząsłem niepewny, czy nie uszkodziłem się bardziej, ale nie chciałem o tym myśleć, chciałem zasnąć. Wreszcie się udało, chociaż budziłem się kilka razy i za każdym razem przez ułamek sekundy łudziłem się, że to wszystko było tylko złym snem.

**

Kolana zaczęły puchnąć, zrobiły się wielkie jak melony. Przy najmniejszej próbie zgięcia nogi, rany, które nieco przyschły przez noc, znów otwierały się wylewając czerwony, gęsty płyn. Rana była zanieczyszczona. Musiałem zamknąć się pod prysznicem i pincetą ze szwajcarskiego scyzoryka zacząłem wydłubywać z niej resztki asfaltu i zanieczyszczeń… To zabawne, o ile znałem zastosowanie wszystkich pozostałych narzędzi – korkociągu, piły, otwieracza – zawsze zastanawiałem się po co w takim zestawie jest pinceta… teraz już wiedziałem.

kangaroo

Nie miałem innego wyboru, potrzebowałem zaopatrzyć się w bandaże i środki odkażające. Obok pola namiotowego była stacja benzynowa ze sklepem, musiałem tam dotrzeć. Było w tym coś nieoczekiwanego, uwłaczającego i rozrywającego duszę – do tej pory planowałem swą wyprawę w kilometrach, tysiącach mil, odległość nie stanowiła problemu. Teraz przejście trzystu metrów było walką.

**

Czułem, że gdybym został jeszcze jeden dzień na kempingu w Jindabyne, nie zebrałbym już sił żeby ruszyć dalej. Zanosiło się na jeszcze większy deszcz, nie mogłem tu zostać.

Obejrzałem motocykl, wyprostowałem kierownicę i to co pozostało po lampie. Silnik trochę się jeszcze dławił, ale chodził dość miarowo. Zwinąłem obóz, przymocowałem wszystko do motoru i usadowiłem się na siodełku. Tylko jak teraz postawić stopy na nóżkach, bez zginania kolan? Nie da się… Już wiedziałem, że będzie bolało. Chwyciłem ręką za nogawkę i podciągnąłem prawą nogę do góry. Zacisnąłem zęby. Ręką wbiłem jedynkę, puściłem sprzęgło, ruszyłem, podciągając drugą nogę. Znów jechałem.

Starałem się nie myśleć o bólu i skupić się na celu – zjechać z gór, przebić się przez deszcz i dotrzeć do Canberry. Nie było daleko, jakieś 170 kilometrów.

Szybko przekonałem się, że gdy jechałem, nie było tak źle. Pęd powietrza niejako zamrażał obolałe miejsca i prawie nic nie czułem. Gorzej gdy trzeba się było zatrzymać i szybko wyprostować nogi, by się podeprzeć. Wtedy jęczałem…

Na początku padał deszcz, nie mogłem jechać szybciej, na szczęście w miarę zbliżania się do celu, opadów było coraz mniej. Wreszcie pojawiły się znaki i zjazd na następne pole namiotowe. Odetchnąłem z wielką ulgą. Nie miałem siły się bronić i nawet zaakceptowałem wysoką cenę miejsca kempingowego. Było mi wszystko jedno, cieszyłem się, że mimo wszystko się przemieszczam, i choć w Canberrze spędziłem niewiele czasu, humor trochę mi się poprawił. Nie powiem, żebym sobie pochodził po mieście, właściwie nie miałem ochoty na jakieś większe zwiedzanie, oprócz jednej rundy honorowej – polska kawaleria – na rozbitym motorze, wokół australijskiego parlamentu. Na baczność! Ale się strażnicy gapili!

Właściwie miasto istnieje dzięki parlamentowi, jego struktury zatrudniają połowę siły roboczej Canberry, więc widziałem to co najważniejsze…

W Sydney Polak

O czym tu dumać na sydneyskim bruku? Kuśtykając, z dziurawymi kolanami, używając wind dla niepełnosprawnych na dworcach kolei podmiejskiej?

sydney opera house

Dotarłem do Sydney i czułem się trochę jak jeden z obdartych i zmęczonych po długiej drodze skazańców, z tą różnicą, że trafiłem tu z własnej woli. Siła oddziaływania Internetu jest nieoceniona, dostałem kolejne zaproszenie, tym razem nie skusiły mnie krówki, a obietnica garażu i pomocy w remoncie maszyny, własny pokój do dyspozycji i normalne łóżko. Pod swój dach przygarnęli mnie Magda i Bartek, młoda para, która była w mieście dopiero od miesiąca. Bartek, magister socjologii, przyjechał na kolejne studia, zabrał ze sobą synka Mateusza i Magdę, która spodziewała się ich drugiego dziecka.

Byli w okolicy od niedawna, nie znali jeszcze wielu ludzi, znajomych i przyjaciół zostawili w Polsce. Spodziewając się powiększenia rodziny wynajęli duże mieszkanie, wraz z garażem. Nie zdążyli jeszcze kupić samochodu, więc wepchałem się na jego miejsce.

**

Zostawiłem Tišinę w spokoju i udałem się na podbój miasta pociągiem.

Na peron zjechałem windą, starałem się unikać schodów. Zasiadłem na ławce i jakież było moje zdziwienie gdy na stację wtoczył się piętrowóz! Identyczny jak ten, który jeździł kiedyś z Nysy do Głuchołaz, nie przymierzając, daleko sięgają macki PKP! Ten australijski nie miał jednak potarganych siedzeń i okazał się trochę czystszy.

sydney

Generalnie, choć w samym mieście różnie to bywało, stacje i pociągi wydawały się dosyć zadbane. Gdy nieco zbłądziłem i wysiadłem nie na tym dworcu co trzeba, musiałem poczekać na następny pociąg. By się trochę wzmocnić kupiłem batonik czekoladowy, szybko go skonsumowałem, ale w ręce został mi papierek. Zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu śmietnika i wtedy z głośników popłynął komunikat: Ta stacja nie ma koszy na śmieci. Zabierz śmieci ze sobą.

Miałem nadzieję, że nie odtworzono go tylko z mojego powodu, wyglądałem chyba jak ktoś kto gotowy jest niegodnie porzucić swój papierek w miejscu niewskazanym. Schowałem go do kieszeni.

Byłem w Sydney, snułem się po mieście, chcąc spotkać się ze znajomymi, których miałem tu kilku, usiadłem na kolejnym dworcu w oczekiwaniu. Dorotę znałem jeszcze z zamierzchłych czasów dzieciństwa, nasze mamy przyjaźnią się od czasu studiów. Pomyślałem, że ciekawie będzie się spotkać w zupełnie innych dekoracjach, tak daleko od domu.

Siedziałem więc i czekałem na dworcu (jak się później okazało nie na tym co trzeba… cóż, nie znałem miasta), i zdaje się, że nie wyglądałem najlepiej, trud podróży rysował się na mojej twarzy, byłem trochę poszarpany i nieogolony. Podeszła do mnie starsza pani i zaczęła mi się przyglądać, nie przywykłem do tego by obserwowali mnie tak bacznie obcy ludzie, spojrzałem na nią ze znakiem zapytania w oczach, ona tylko westchnęła i powiedziała – Nie martw się, Jezus i tak cię kocha.

– Słucham?

- Kocha cię mimo wszystko – powiedziała, rzuciła wymuszony uśmiech i odeszła.

Nie miałem pojęcia co chciała mi przez to powiedzieć, ale szepnąłem jakby do siebie – Mam nadzieję…

people of australia

Wreszcie udało mi się dotrzeć na umówione spotkanie. Dorota zjawiła się z Philem, swym australijskim chłopakiem.
Rzeczywiście dekoracje trochę się zmieniły od kiedy pluskaliśmy się wieki temu w dmuchanym baseniku z motylkami na ramionach.
Dorota przyjechała do Australii na studia socjologiczne, a takie nigdy nie są łatwe w obcym języku. Trochę narzekała na tempo zajęć, skomplikowane pojęcia, wszystko to jest wyzwanie dla obcokrajowca, ale radziła sobie, czerpiąc z tego największą satysfakcję.

Chciałem od nich jakiejś rady, spytałem o centrum miasta, co może zobaczyć człowiek, który nie porusza się zbyt wartko? Ale Dorota z Philem zgodnie stwierdzili, że nie lubią centrum – Za duży ruch.
Co więc warto zobaczyć? Okazuje się, że najlepsze miejsca w Sydney wcale nie są w Sydney – Phil wymieniał jakieś parki, plaże. W samym mieście ciekawostką jest okolica znana z uciech czyli Kings Cross, i to jest chyba temat dla mnie.

**

Kings Cross, części Sydney słynącej z nocnej rozrywki. Phil podyktował mi listę do odfajkowania pt. „Co na miejscu z pewnością zobaczę”. Nie wiem skąd to wszystko wiedział, ale młody człowiek otwarty na świat musi przecież wiedzieć wszystko.

Następnego dnia bardzo łatwo trafiłem na miejsce i od razu rozpoznałem pierwszy punkt na liście: słynna rozrywkowa ulica w Kings Cross miała się zaczynać gigantycznym, świecącym znakiem coca-coli. Rzeczywiście, zawieszona na jednym z budynków mieniła się na biało i czerwono, choć pewnie nie mogłem w pełni docenić jej efektu, bo tak mi się spieszyło żeby tu dotrzeć, że było dopiero wczesne popołudnie, a nie noc.

Tego dnia nie chciało mi się już jeździć pociągami, bo zawsze wysiadałem nie na tej stacji co trzeba. Wziąłem na przejażdżkę motor, zaparkowałem gdzieś w bocznej uliczce i ruszyłem dalej. Ale zdaje się, że rzeczywiście byłem za wcześnie, bo nie było tak wielkiego ruchu jak dyktowała lista. Wskoczyłem na chodnik i przyglądałem się różnym sklepikom z pamiątkami, kawiarenkom internetowym, zaznaczając je na liście. Gdy tak się rozglądałem potrącił mnie jakiś przechodzący zawiany koleś. Ha ha! Jesteś na mojej liście! Potem pojawiło się więcej pijanych, kilku zataczających się Aborygenów i bezdomni w bocznych uliczkach (wszystko było, zaznaczałem), nie mogłem przejść kilku metrów, nie będąc zaczepionym przez jakiegoś faceta, który próbował mnie namówić, lub niemal na siłę wciągnąć do jednego ze streapclubów (których miało być 6, liczyłem skrupulatnie).

Minąłem backpackersy, schroniska młodzieżowe z wyzwolonymi młodymi włóczęgami rządnymi wrażeń, sklepy ze wszelkiego rodzaju seksownymi gadżetami, skąd mężczyźni wychodzili w ciemnych okularach, studia tatuażu, salony masażu. Całość trochę tandetna i niestety mało pociągająca, a biorąc pod uwagę to, że przyjechałem motorem, nie mogłem nawet wstąpić na piwo. Lista powoli zapełniła się krzyżykami, i wreszcie dotarłem do kulminacji – w samym środku tego wszystkiego kolorowo i tandetnie świecącego – zwieńczenie – Jest!!! McDonald`s…

Ostatni punkt, który należało zaliczyć to prostytutki. Chociaż pewnie nie dosłownie, bo ulicznice stojące w bramach i czekające na okazję były niestety stworzeniami pozbawionymi wszelkich znamion urody. Zasięgnąłem jednak języka (jeśli to odpowiedni związek frazeologiczny w tym miejscu) i dowiedziałem się o ceny – 60 dolarów za blow job, podobno promocja. Chciałem uaktualnić dane, ale okazało się, że jednak kiedyś było lepiej. Na przykład w szalonych latach sześćdziesiątych płaciło się 50 dolców za godzinę, a jakiś dziennikarz śledczy pytał wtedy jedną z dam – Jak to się stało, że taka miła i ładna dziewczyna jak ty została prostytutką? – Ona gotowa na takie pytanie odpowiedziała – Zdaje się, że miałam szczęście!

Australazja

Dziś wszystko jest inaczej, miałem wrażenie, że w centrum Sydney można było zobaczyć więcej Azjatów niż w Pekinie w czasie szczytu.

people of australia

Zadzwoniłem do Kena Li, kumpla, z który uczyliśmy się razem jeszcze w Perth. Miło było słyszeć kolejny znajomy głos. Sydney przyciąga coraz więcej studentów, to największe miasto – wszystko jest tutaj – szanse, praca, perspektywy, przyszłość.

Man Kuen Li Ken, zwany przez nas po prostu Kenem, miał dziewiętnaście lat i pochodził z Hong Kongu. Dla mnie był symbolem młodego azjatyckiego tygrysa, biegle mówił po angielsku, zawsze z cyfrowym aparatem pod ręką, z magiczną zdolnością zajmował się elektroniką, kamerami, dźwiękiem, z wielką biegłością śmigał we wszystkich programach do montażu obrazu i animacji. Najmłodsze pokolenie kroczącego smoka.

Umówiliśmy się w mieście na mały spacer po azjatyckiej dzielnicy, gdzie napisy na sklepach i restauracjach były tylko w bliżej nie znanym mi języku, zapisanym krzaczkami. Wylądowaliśmy w jakiejś małej restauracyjce pełnej studentów, dostaliśmy numerek od stojącej w wejściu dziewczyny, i musieliśmy na zewnątrz poczekać aż zwolni się miejsce. Wreszcie zasiedliśmy w środku, przy stoliku, a raczej stoliczku, gdzie z ledwością wepchałem swe prawie dwa metry ciała z niezginającymi się kolanami.

Ken trochę narzekał – Uwsteczniam się w angielskim, za dużo tu Chińczyków – mówił żartem, bo choć urodzony za czasów panowania Brytyjczyków, teraz był już przecież synem Chińskiego Imperium. – Mam tu mnóstwo znajomych, wygląda tak jakby moje miasto się tu przeniosło. W mieszkaniu rozmawiamy tylko w po mandaryńsku, nie mam szansy rozwijać znajomości angielskiego, tak jak bym chciał. – opowiadał.

Z rozrzewnieniem wspominał Perth gdzie były niższe koszty transportu, mieszkania, jedzenia, żyło się jakoś luźniej.

Ken chciał jednak studiować, pamiętam jego dylematy, którą uczelnię wybrać, w jakim mieście. Zdecydował się wreszcie przyjechać do Sydney, gdzie właśnie zaczął zajęcia na wydziale reklamy i mediów.

Przebywanie w gronie swoich rodaków miało więcej wad. Ken żalił się na to, że nie mógł bardziej poznawać australijskiej, czy szerzej – Zachodniej kultury, co szczególnie dawało o sobie znać w czasie studiów reklamy, gdzie przecież znajomość kulturowego podłoża jest niesamowicie ważna. W jego grupie byli sami Australijczycy, nie było mu łatwo znaleźć z nimi wspólny język, mimo, że przecież po angielsku mówił świetnie. Gdy miał prezentację o Jamesie Cooku, odbębnił ją po prostu, nie mając własnego zdania – dobrze to czy źle, że Australię odkrył dla cywilizacji Zachodu?
Chyba wiedziałem o czym Ken mówił, bo go przetestowałem. Jeszcze w Perth rozmawialiśmy kiedyś o moich planach podróży, oczywiście nikt nie wierzył, że się na to porwę, a tym bardziej, że gdziekolwiek dojadę.

sydney

Powiedziałem mu teraz – Oto jestem, dotknij moich ran niewierny Tomaszu. – pokazując poobdzierane kolana, ale Ken nie zrozumiał, nie wiedział o co mi chodziło, nie znał Biblii, nie znał kontekstu.

Symbole australijskiej dumy

Nie byłem zbyt mobilny, ale chciałem trochę pospacerować po mieście i przynajmniej przejść przez centrum, by dostać się do fenomenu wzniesionego w latach siedemdziesiątych przez duńskiego architekta, do tej słynnej budowli, która jest teraz symbolem i widnieje na każdej widokówce, zdjęciu, czy folderze o Australii. Jej łukowe metalowe dachy są ikoną jak wieża Eiffla czy Big Ben, i właściwie mówi się, że nie widziałeś Australii jak tu nie byłeś i nie masz zdjęcia z mostem nad zatoką Darling i łukowym, metalowym dachem w tle.

W miejscu, do którego właśnie kuśtykałem były niegdyś garaże dla tramwajów, a dziś? Dystyngowani i lubujący się w kulturze wyższej Australijczycy (ironia) zapragnęli mieć coś lepszego – wymyślili, że bardziej przyda im się opera!

Szedłem i szedłem, a dotarcie do tej „słynney opery w Sydney” z centralnego dworca kolejowego zajęło mi kilka godzin. Na mapie kilka przecznic, w rzeczywistości długaśne ulice, pełne pędzących ludzi, potrącających mnie kuśtyka. Zastanawiałem się ilu z Aussies naprawdę lubi operę czy teatr? Dziś akurat grali „Sługę dwóch panów”, w całym mieście plakaty.

sydney

Stanąłem pod wielkimi schodami i przyglądałem się całości. Oczywiście budynek tej słynnej opery zrobił na mnie wrażenie, ale tak jak się spodziewałem, tylko o tyle, że wcześniej miejsce widziane było na tylu obrazkach, a dziś stałem u jej stóp. Cieszyłem się więc, że tu jestem, że udało się tu dotrzeć, i właściwie tyle. No bo czym tu się jeszcze cieszyć? Że mogłem sobie sam zrobić zdjęcie takie jak mają wszyscy turyści, albo jakie widziałem w gazecie?

Wśród tłumu szukałem przyjaznej twarzy, kogoś kto się zatrzyma, uśmiechnie. Nie znalazłem. Z dwoma wyjątkami. Pod operą zamieniłem kilka słów z facetem, który nogę w gipsie zawdzięczał szalonej jeździe skuterem przez miasto w czasie deszczu. Bratnia dusza.

**

Umówiliśmy się na następny dzień na Bondi, „naysłynnieyszey sydneyskiej plaży”, skoro postanowiliśmy już zaliczać najbardziej znane miejsca. Oczywiście nawet nie przyszło mi do głowy żeby się wykąpać, naoglądałem się za dużo filmów przyrodniczych o rekinach między innymi, które potrafią wyczuć krwawiącą ofiarę z dziesiątków kilometrów, a poza tym zetknięcie ze słoną wodą wcale nie musiało należeć do przyjemnych, biorąc pod uwagę stan moich kolan. Pozostało podziwianie widoków, a jeśli o to chodzi, to chyba nie mogliśmy trafić lepiej.

people of australia

Cieszyliśmy się jak dzieci, lubieżnie zapełniając kartę aparatu kolejnymi megabajtami żółtego piasku, niebieskiej wody, kolorowych ręczników i smażących się nagich dziewczęcych ciał.
Chodziliśmy tak chyba ze 3 godziny, robiąc naszą inspekcję, celując i strzelając, choć trzeba było ostrożnie, bo ja nie mogłem uciekać za szybko i za daleko…

**

Pewnie siedziałbym tam cały dzień i noc, fotografując i wypytując czy któraś z panien nie miałaby ochoty przejechać się motorem, ale niestety musiałem powrócić z obłoków do mej upadłej maszyny. Otworzyłem książkę telefoniczną i na koszt Bartka obdzwoniłem wszystkie złomy w mieście, by się dowiedzieć, że nikt nie miał lampy do mojego bejbi. Nowa w sklepie kosztowała 350 dolarów. Chyba na głowę upadli! Ale coś trzeba było zrobić, bo bez światła nie da się jeździć, a tym bardziej kogoś skusić na przejażdżkę. Pojechałem więc na złom i zacząłem kombinować. Pokręciłem się trochę wśród motocyklowych szkieletów i powypadkowych wraków. Ścisnęło mnie za gardło, Tišina też tak mogła przecież skończyć. Znalazłem wreszcie podobną lampę, ale nie chciała się dopasować do mocowania na motorze. – To, o to, tamto – pokazałem – proszę mi odkręcić. Wymontowaliśmy od dawcy cały mechanizm trzymający lampę i spróbowałem go przeszczepić do swojego. Zamontowałem całe szyny, poprosiłem mechanika by mi je trochę przyciął i dopasował. Wyszła z tego prowizorka, mały patent z lampą od suzuki, ale świecącą! 60 dolców.
Wreszcie wypuściłem się na szersze arterie miejskie by poczuć trochę mocy, znów chciałem być panem szosy!

**

Bartek chyba nie chciał żebym tak szybko wyjeżdżał, siedzieliśmy do późnej nocy rozmawiając. On miał rodzinę, dziecko, wraz z Magdą oczekiwali na drugie. Ale jemu, choć na chwilę, marzyła się droga. Ja żyłem ciągle w podróży, nie umiałem się ustatkować… Co wybrać? Nie wiem.

Czułem się już lepiej, chociaż żebra jeszcze bolały, a rany na kolanach wciąż nie chciały się zagoić. Postanowiłem się jednak pozbierać, chciałem ponownie wpaść w rytm jazdy.
W ramach pełnej rehabilitacji Magda przygotowała potrawkę z kangurzego mięsa, którą gryzłem z lubością, mieliłem szczękami na wszystkie sposoby, masz!

Ulżyło mi.