Rekiny i owce
Tišina na wyścigach
Wydawało mi się, że jechałem już wieki, a przecież na liczniku przybyło dopiero kilkadziesiąt kilometrów. Jak tu jest wszędzie cholernie daleko! No i gdzie ten wiatr we włosach? Zamiast tego, słońce niemiłosiernie grzało w kask, a samochody pędziły, rozpychając się na boki. Wskazówka prędkościomierza nie przekraczała 50 na godzinę, oblewał mnie pot, wiatr, który miał rozwiewać włosy, teraz zwiewał z drogi, cały się trząsłem i przechodziły mnie dreszcze. Jeżeli tak wygląda wolność, to ja serdecznie dziękuję.

Im bardziej oddalałem się od miasta, myślałem, że będzie mi lepiej. Tak marzyłem, by się wreszcie wydostać, odpalić motocykl i sunąć przed siebie, gonić ptaki swą maleńką maszyną.
Bolały mnie plecy, kark i oczy. Zaciskałem zęby i walczyłem z bocznymi podmuchami powietrza. Razem z motorem ważyliśmy może z dwieście pięćdziesiąt kilogramów, czym byliśmy wobec pędzącej, kilkunastotonowej ciężarówki? Autobusy i tiry po prostu zmiatały nas z drogi. Nasze 50 na godzinę nie było w stanie oprzeć się siłom natury. Właściwie byliśmy jak kulka miotana po całej szerokości jezdni.
Zdecydowałem się na jazdę na południe, ale z Perth w stronę Bunbury poruszałem się tylko poboczem. Samochody mijały mnie z wielkim pędem, wolałem się do nich nie zbliżać. Chciałem się oswoić z drogą, ale tak naprawdę po prostu brak mi było odwagi by przyspieszyć i wmieszać się w ruch. Niepewny trasy, niepewny maszyny, niepewny siebie – miałem wszystkiego serdecznie dość. Ale zawrócić? Po dwóch godzinach w podróży?
Kiedy skończyła mi się benzyna, zjechałem z głównej drogi i rozpaczliwie zacząłem wypytywać spotkanego człowieka o jakąś stację. Poprowadził mnie do punktu, oznaczonego tylko drewnianą deską, z wypisanymi czerwoną farbą literami „Warsztat”. Po krótkim kluczeniu trafiłem na miejsce, gdzie na podjeździe stał tylko jeden wielki i trochę podrdzewiały dystrybutor, a z garażu wyszedł do mnie człowiek, w roboczym kombinezonie, cały ze smaru i przywitał mnie z australijska – G`day mate! Wyszedł specjalnie by nalać mi paliwa, trochę się zdziwiłem, bo nie wiedziałem, że jeszcze takie miejsca istnieją… Człowiek uśmiechał się serdecznie, pytał skąd i dokąd jadę. Nalał benzynę i nawet nie zmartwiło go to, że wypełniłem cały bak tylko za 10 dolarów. Byłem już chyba w innym świecie…

Wróciłem na główną drogę i starałem się dotrzymać kroku pędzącym samochodom. Mandurah, pierwsze miasteczko na trasie, przejechałem bez wciskania hamulca. Bałem się jechać, ale jeszcze bardziej bałem się też zatrzymać.
**
Po wyjeździe z Perth, kurczowo trzymając się kierownicy, niewiele się rozglądałem. Choć jechałem wzdłuż wybrzeża, oceanu nie było widać. Po drodze mijałem tylko fabryki, zakłady, przetwórnie, kominy i dźwigi. No i do tego ta przepełniona autostrada. Gdzie jest piękna Australia? Outback? Tak chciałem piękna i wolności, a tu co?
**
Maszyna na szczęście radziła sobie dzielnie w tym trochę już pofałdowanym terenie. To była moja największa obawa – jej stan techniczny. Wiedziałem, że może mnie kiedyś zawieść, zdradzić. Już raz musiałem jej wymienić silnik…
Z uwagi na mą słabość do Bałkanów nazwałem ją Tišina czyli Cisza. Chodziła za mną piosenka zespołu Bajaga i Instruktori, którą ściągnąłem kiedyś z Internetu, poszukując bałkańskich rytmów. Bajaga śpiewał o poranku i o tym, że musi odejść od ukochanej, bo gdzieś w oddali gwiżdże już pociąg, którym miał odjechać do krainy Oz, i już nie wrócić.
Tišina. Imię trochę przewrotne, bo miałem nadzieję, że moja Cisza nigdy nie zamilknie, to znaczy nie zagra, to znaczy, że motor się nie zepsuje i nie zagra, to znaczy zamilknie… wiecie o co chodzi. Musiałem Tišinie zaufać, pokochać taką jaka jest, chociaż żartowałem z niej w Internecie, że choć może głupio tak publicznie o damie mówić – to jednak ona ciągle na mnie warczała…. i chyba znalazłem powód: coś jej z dołu ciekło – może to olej, kto wie, a może to jeden z tych dni….
Mimo wszystko tak naprawdę byliśmy na siebie skazani.
No jest tu parę rekinów
Zasiadłem w parku na trawie i jedząc kanapkę zagłębiłem się w lekturę miejscowej gazety. Na pierwszej stronie Augusta Margaret River Mail widniał tytuł „Rekin w zatoce”. Tekst mówił o grupie ludzi, którzy widzieli olbrzymie bydlę podpływające do plaży. Niezwykłe było to, że żarłacz biały, ludojad, nie pojawia się tu zbyt często. Na artykuł składały się też wypowiedzi świadków: „Jestem zbyt przerażony, by wchodzić teraz do wody”, „Był od nas 15 metrów, gapił się na ludzi na plaży”, a pani Sanday wykrztusiła z siebie tylko: „Był olbrzymi!”.
Nie wiedziałem co o tym myśleć, bo na następnej stronie znalazłem tekst mówiący, że w okolicach Augusty (kilka kilometrów od Margaret River) policja odkryła plantację 400 roślin cannabis… Wesoła okolica.
Postanowiłem jednak czym prędzej pojechać na miejsce zdarzenia, które w moim mniemaniu przez długi czas będzie omijane szerokim łukiem, a tymczasem ku mojemu ogromnemu zdziwieniu zobaczyłem tam mnóstwo surferów! Nic sobie nie robili z zagrożenia opisanego w prasie! Ugiąłem się.
Zatrzymałem się na niewielkim wzniesieniu z widokiem na piękną, błękitną wodę. Przed drewnianymi schodami prowadzącymi na plażę, zauważyłem przytwierdzoną metalową tabliczkę z rysunkami i napisem: „Prawo plemienne. Kod etyczny surferów”, a na niej obok wskazówek kto ma pierwszeństwo na fali i kilku zaleceń jak należy się zachowywać, zawołanie: „Szanuj plażę, ocean i innych. Szanuj, by być szanowanym”.
Podszedłem bliżej, by przyjrzeć się przygotowaniom jednego ze śmiałków. Był to starszy, trochę wysuszony człowiek o bardzo energicznych ruchach, opalony, w okularach słonecznych i rozwichrzonych blond włosach. Właśnie wyciągał deskę z bagażnika samochodu.

- Dobra dzisiaj pogoda, mate! Surfujesz? – zapytał, dostrzegając, że gapię się na jego sprzęt.
- Ja tylko w internecie… – odpowiedziałem – a co z rekinami? – spytałem, podsuwając mu gazetę.
- No, jest parę rekinów – potwierdził spokojnie.
- Ale czy się nie boicie??
- Spójrz na to tak: gdybyś bał się rekinów w życiu byś nie surfował – po czym dodał, i widząc jego determinację, wcale nie byłem pewien czy żartuje – no a jeżeli już, to chciałbym żeby mnie jakiś wielki złapał, rozgryzł od razu na pół i z głowy. Nie chcę się męczyć – uśmiechnął się, złapał swoją deskę i popędził w stronę oceanu.
Wybrzeża w okolicy Margaret River słyną ze swych idealnych fal, dochodzących nawet do sześciu metrów wysokości. Sezon jeszcze się nie zakończył, pojawia się tu sporo przyjezdnych, ale w zimie, na falach pozostaną tylko lokalni mieszkańcy. Surfing to sport narodowy Australii, jest niesamowicie popularny, 80 procent populacji tego kraju mieszka przecież nie więcej niż 50 kilometrów od oceanu. Mówi się nawet o plażowym stylu życia.

Nie zawsze tak było. Pierwsi biali kolonizatorzy kontynentu bali się wody. Na początku ubiegłego wieku istniały nawet zakazy, że w kostiumie kąpielowym nie można się pokazywać w dzień. Wszystko zmieniło się w 1915 roku gdy Hawajczyk, niejaki Duke Kahanamoku pokazał surfing, długaśną drewnianą deskę i co można na niej wyczarować. Zaczęło się plażowe szaleństwo.
Chciałbym spróbować surfingu, ale nie jestem szalony. Poza tym nic nie paliłem, a myśl o rekinach jakoś nie dawała mi spokoju. Postanowiłem poszukać bezpieczniejszego miejsca, przynajmniej na pierwszy raz na desce.
**
Nasłuchiwałem odgłosów lasu, z oddali dobiegało jakieś złowrogie łamanie gałęzi i trochę szamotu ptaków. Nie mogąc zasnąć, odpędzałem od siebie myśli o wężach (ze stu czterdziestu gatunków jakie żyją w Australii, sto jest jadowitych), nietoperzach (58 gatunków, między innymi kanibale, które co prawda zjadają tylko mniejsze od siebie osobniki tego samego gatunku, ale jednak są krwiożercze), jaszczurkach (w Australii mają od 55 milimetrów do dwóch metrów), owadach (ponad 50 tysięcy gatunków) pająkach (wolałem nie wiedzieć ile jest jadowitych) i innych niespodziankach, które mogły mnie tu spotkać. Ale przecież i tak ich nie usłyszę, gdyby się skradały… Znów sięgnąłem po walkmana, próbując ukołysać się przy dźwiękach „Sultans of swing” zespołu Dire Straits, pieśni, którą często słyszałem z szafy grającej w Oak&Ivy.
Spoglądałem w gwiazdy, lekko prześwitujące przez korony olbrzymich drzew. Gdzieś tam nade mną był Krzyż Południa, gwiazdozbiór widziany tylko z półkuli, na której teraz nie mogłem zasnąć. Podobno jeszcze w czasach Chrystusa można go było wypatrzeć z Jerozolimy, a potem stopniowo przesuwał się na południe. Jego cztery główne gwiazdy symbolizują cnoty kardynalne – roztropność, męstwo, umiarkowanie i sprawiedliwość, które mieli posiadać tylko Adam i Ewa. Legenda głosi, że gdy zgrzeszyli, gwiazdy zniknęły z widoku… Ale przecież dziś cieszyć się nimi mogą mieszkańcy południowej hemisfery, uwieczniając je z dumą nawet na flagach Australii, Nowej Zelandii, Brazylii czy Samoa. Czyżby byli mniej grzeszni?
**
W Albany zamieszkałem w pokoju ze Szkotami i Szwajcarką. Chciałem trochę odpocząć po trudach wędrówki, ale nie udało mi się wyspać, gdyż moi współlokatorzy urządzili w korytarzu imprezkę. Cóż było robić?
Krążąc pomiędzy młodymi entuzjastami wolnej przygody, poznałem parę młodych ludzi z Queenslandu, którzy przyjechali tu by popływać na deskach. Zaczęliśmy rozmowę, ale Tony i Phillipa nie byli w humorze, bo okazało się, że ich surfpartnerka wylądowała w szpitalu (od razu zapytałem czy z powodu rekina?? – jednak nie, coś prozaicznego – śledziona). Od słowa do słowa, okazało się, że mają wolną deskę i zaproponowali bym się z nimi wybrał nazajutrz. Nie spodziewałem się, że szansa zmierzenia się z żywiołem przyjdzie tak szybko. Takich okazji się nie marnuje! Musiałem spróbować.
Wcześnie rano byliśmy gotowi do poszukiwania odpowiedniego miejsca z dobrą falą. Radio podawało specjalne komunikaty gdzie najlepiej się udać. Kręciliśmy się więc po okolicy samochodem z przypiętymi na dachu deskami.

Dotarliśmy wreszcie na dzikie, osłonięte skałami wybrzeże. Tony i Philippa szykowali sprzęt. Musieliśmy przedrzeć się przez jakieś głazy do piaszczystej plaży. Chwyciłem deskę przeznaczoną dla mnie i powoli, ostrożnie, schodząc po kamieniach ze stromego zbocza, znalazłem się na piasku. Oczywiście moi australijscy gospodarze włożyli na siebie kombinezony, a jakże, pozostawiając mnie w spodenkach i koszulce. Ale cóż… Gdy znalazłem się po kostki w wodzie, przeszedł mnie dreszcz. Woda nie była zbyt ciepła, pogoda się zepsuła, na południu Australii nadchodziła jesień… ale teraz nie mogłem się wycofać. Surferzy byli już w wodzie, leżąc na deskach, rękami wiosłowali w stronę Antarktydy.
Wreszcie odważyłem się zamoczyć, położyłem się na desce i próbowałem wiosłować. Kilkadziesiąt metrów od brzegu, woda łamała się tworząc fale wysokości półtora metra. Próbowałem dotrzeć do tego miejsca, machałem rękami z całych sił, próbując przebić się i wypłynąć na przestwór oceanu. Słona woda wlewała się we mnie wszelkimi otworami, ale dzielnie walczyłem z falami. I wtedy nadszedł jakiś większy podmuch, woda zawinęła się i wielka masa białej piany podrzuciła mnie wraz z deską, zmywając z powierzchni. Wciągnął mnie wir i już po ułamku sekundy byłem z powrotem tyłkiem na piasku. Pod deską. A więc to tak! Zaciskam zęby i pędzę z deską, rzucam się jeszcze raz na wodę. Zaczynam rozpaczliwie machać rękami, kolejno przebijając się przez fale. Wreszcie zorientowałem się, że jestem już jakieś sto metrów od brzegu. Ustawiam się do niego przodem i czekam. Jest, widzę zbliżającą się falę. Zaczynam wiosłować tym razem w stronę plaży. Fala jest tuż, tuż, ustawiam się instynktownie przodem do brzegu, woda unosi mnie do góry, obmywa dookoła i przelatuje pode mną… Przeszła zostawiając mnie za sobą. Nie jest łatwo nadążyć za falą i ją złapać. Ale nie ma czasu na analizę, zbliża się następna. Znów machanie, unoszenie, czuję jak woda porywa mnie ze sobą, już pędzę w stronę brzegu, udało się! Jestem na fali! Teraz wstaję, prostuję się na rękach, ale jeden niepewny ruch, tracę równowagę, plusk, piana wokół, znów wpadam w wir, trzy sekundy pod wodą, wielki łyk słonej wody i broda na piasku…
Po godzinie machania rękami i miotania się pomiędzy falami, miałem dość. Przemoknięty i przemarznięty usiadłem na plaży, a słona woda w ustach i żołądku sprawiała, że zbierało mi się na wymioty. Tony i Philippa także wyszli na brzeg.

- Mam dość – powiedziałem wykończony – ale dzięki, nieźle się bawiłem!
– To my dziękujemy – odrzekł Tony – poprawiłeś nam statystykę.
– Jak to?
– Normalnie. Pływanie we dwójkę to pół na pół, że rekin złapie właśnie ciebie. Z tobą nasze szanse były już jeden do trzech!
Nie mówił tego poważnie, prawda? Prawda??
Owczarze z Jerramungup
Do samego Jerramungup jechałem z duszą na ramieniu. Wcześniej zmieniłem olej i filtr, nasmarowałem łańcuch, a mechanik powiedział – Should be sweet, mate. Mogłem swobodnie pędzić przed siebie. Wskoczyłem więc na drogę prowadzącą przez łąki, górki i pastwiska, podziwiałem zachodzące słońce, które odbijało mi się w lusterkach, oświetlając wszystko pomarańczowo-złotym światłem. Byłem w trasie, w drodze, tak jak to sobie wymarzyłem. Tak się na ten widok zapatrzyłem, że znów zapomniałem o znalezieniu miejsca na nocleg. Noc zapadła szybko, a droga momentalnie opustoszała. Tylko warkot maszyny i ja. Miasto zostawiłem jakieś 65 kilometrów za sobą, a następna jakakolwiek cywilizacja miała się objawić za 107. Nie zastanawiałem się, podkręciłem gaz, gnając na złamanie karku. Nocować w lesie? Już to przerabiałem – odpada. Odliczałem więc kilometry, co chwila spoglądając na zegarek. 60, 50, 40… i ciemność. Zimno przenikało, wpadając przez rękawy kurtki, wędrowało aż do pleców, wprawiając je w drżenie. 30… zdrętwiałe palce nie chciały się odkleić od kierownicy. 20… 10… wreszcie, gdzieś na horyzoncie zamigotały światła.
Mogłem trochę zwolnić, wyprostować się. Teraz dopiero poczułem ból karku, mięśnie i szczękę miałem zaciśnięte…
Wszystko trzeba kontrolować – benzynę, wodę, jedzenie, odległość…. Tym razem się udało. Dojechałem.
Na polu namiotowym powitała mnie otwarta brama, choć nikogo nie było w recepcji. Spotkany chłopak poradził bym się śmiało ładował do środka i rozbijał namiot, właściciela znajdę rano. – Przecież to piątek – powiedział – Wszyscy piją w pubie.
- Nikt się nie przejmuje?… – spytałem zdziwiony, a on na to – To jest Australia, mate.
Małe piwko przed snem nie zaszkodzi, rozłożyłem namiot i wybrałem się do pubu, skoro miałem tam spotkać wszystkich. Lokal znalazłem bez trudu, stał przy drodze, był jedynym oświetlonym budynkiem, a przed nim parkowało kilka ubłoconych samochodów terenowych.
Usiadłem przy barze, zamówiłem, ale jeszcze nie zdążyłem się napić gdy już pojawił się przy mnie wielki osiłek, przystawiając swoją twarz do mojej, tak blisko, że poczułem dokładnie co jadł na obiad i czym właśnie popijał. Wlepił we mnie swój mętny wzrok, tak głęboko, że krew odpłynęła mi z twarzy, a nogi zaczęły lekko drżeć. Chłopak widząc moje zaniepokojenie, tylko się roześmiał, wyciągnął rękę i głębokim basem zakrzyknął – Jestem Luke! Zawodowy postrzygacz owiec.
Kiedyś rozmawiałem z farmerem, który twierdził, że zawód ten zamiera, młodzi nie chcą się go uczyć, bo to za ciężka praca. A tu proszę, Luke jest ze swego zajęcia dumny. Przysiadł się, zapytał skąd jadę, dokąd. Powiedział, że uwielbia motocykle i może kiedyś kupi sobie harleya, choć na razie nie ma na to czasu, bo dużo pracuje.

Po chwili pojawili się przy nas jego koledzy po fachu, każdy ze szklanką w ręce. Opowiadali o swej pracy. Postrzygacze pracują w drużynach i są do wynajęcia. Jesteś farmerem, masz hodowlę, dzwonisz po nich, przyjeżdżają z własnym sprzętem i… zaczynają golić. Sesja taka może trwać nawet 10 dni, pracuje się po 8-10 godzin. Szefem moich współbiesiadników był Sam, który pochodził z Nowej Zelandii. Jak się dowiedziałem miał pod sobą 16 osób, czyli 3 drużyny. Płacił dolara i sześćdziesiąt pięć centów za ostrzyżenie jednej owcy. Luke zarabiał 1200 dolarów na tydzień z czego, do równego rachunku, 200 zostawia w barze. Ale jak to przeliczyć – wychodzi ponad 700 owiec ogolonych w tydzień! Myślę, że mu się należy.
Zgromadzeni w pubie golarze właśnie zakończyli kilkudniową sesję, a teraz świętowali. Zjechali się z całej okolicy do jedynego baru, i przy rumie z kolą, opowiadali sobie przeróżne historie. Luke na przykład żalił się na spartańskie warunki jakie panowały u nich na stacji. – Raz gdy najadłem się jakiegoś ostrego ścierwa, pieprzonego meksykańskiego żarcia, czyściło mnie przez cały dzień. Ale u nas nie ma papieru toaletowego… siedziałem na kiblu i zastanawiałem się co robić. Robota czekała, chłopaki wołali… Wreszcie oderwałem sobie rękaw od koszulki, podtarłem się i mogłem wracać do strzyżenia. Po jakimś czasie znów poczułem, że muszę do kibla… Wtedy oderwałem sobie drugi rękaw. Następnym razem kołnierzyk…. Musiałem jeszcze ganiać kilka razy. Pod koniec dnia byłem goły…
Witamy w Jerramungup.


