Queensland
No worries, be happy

Zrobiło się ciemno i trochę zaczęło wiać, trzeba się schować, choć to dopiero osiemnasta. Dobrze jest być w drodze. Nie wiedziałem tylko czy dobrze jest znów spać w przypadkowym miejscu, nie wiadomo gdzie, znów będąc gdzieś pomiędzy. W namiocie nie mogłem zapalić świeczki, wyczerpała mi się zapalniczka, komputer był jedynym źródłem światła. Gdy włącza się Worda, biała niezapisana strona święci pustką, zarysowując wokoło delikatne kontury kasku, toreb i śpiwora.
Było ciepło, cieplej niż zazwyczaj w namiocie, choć od spania na ziemi odwykłem trochę siedząc w Sydney.
Jechałem na północ, uciekając od chłodu. Chociaż mieliśmy już jesień (czyli kwiecień…) w Sydney pogoda był całkiem niezła, ale teraz, im wyżej na północ tym cieplej. Znów igrałem z porami roku.
W ciemności zabrzęczał telefon. Dostałem sms o treści – Get your ass over here!!! podpisany przez Glena, kumpla z czasów gdy jeszcze robiłem karierę jako pomywacz. Glen pochodził z Nowej Zelandii, przez jakiś czas mieszkał w Perth, pracował jako kucharz w restauracji gdzie się poznaliśmy i gdzie trochę imprezowaliśmy. Teraz przeniósł się do Brisbane, by zamieszkać z mamą (ha, ha), ale przynajmniej, jak mówił, oszczędzał pieniądze na dalsze studia. Jadąc wzdłuż wschodniego wybrzeża, zbliżałem się do stolicy stanu Queensand. Błyskawicznie i możliwie jak najtaniej chciałem pokonać 1000 kilometrów dzielący mnie od tego miasta. Teraz na nocleg zatrzymałem się w lesie, a do jedzenia kupowałem tylko owoce z przydrożnych straganów. Dla mnie były egzotycznie, ale tutaj jak najbardziej miejscowe, dziwnie grube banany i wielkie ananasy, za mniej niż 2 dolary sztuka. Do tego kiść winogron i byłem tak napchany, że nie mogłem się ruszyć.
Rano zobaczyłem Tišinę całą w kroplach wody, wszystko zawilgocone, nie mogłem odpalić. Świece chyba zamokły od porannej rosy, cały namiot też ociekał. Spróbowałem popchnąć, ale z bardzo mizernym skutkiem, a do tego strup na kolanie zahaczył o nitki wystające z podartych spodni i rozerwał się. Jęknąłem lekko, krew trysnęła, i znów miałem całe zaplamione spodnie… jeszcze się nie wykurowałem do końca, druga noga (prawa) nie wytrzymywała zbyt długiego zgięcia, podczas jazdy musiałem się zatrzymywać regularnie co 30 kilometrów, by ją powoli rozprostować.
**

Pacific Highway jest bardzo dziwną drogą, łatwo można z niej zboczyć, najpierw jedzie się trzema pasami, szybko i wygodnie, a już za chwilę pojawia się niespodziewanie rondo i wjeżdżamy do jakiejś miejscowości. Nazwa trasy też nie jest do końca trafiona, bo oceanu z niej nie widać, ale w tych stronach dobrze dobrana nazwa potrafi zdziałać cuda. Zjechałem na chwilę, by zobaczyć jedno z miasteczek, które niezwykle sprytnie rozwiązało ten problem. Trafiłem do Surfers Paradise. Jest to kurort z hotelami, pięknie położony nad samym oceanem, ma przestronną plażę i świetne warunki do pływania na desce. Miejscowość nie była doceniona od początku, swą karierę zaczynała jako osada rybacka, ale dość szybko, bo już w latach trzydziestych, właściciel jednego z hoteli przemianował go na Raj Surferów i przekonał władzę, żeby tak samo zmieniły nazwę osady, noszącej pospolite miano Elston. Miejscowość nazwała się więc Rajem Surferów i goście zaczęli walić drzwiami i oknami. Nazwa zrobiła swoje, skoro nawet na mapie widnieje jako Raj, to musi to być prawda. Dziś jest turystyczną mekką, surferzy by dostać się do plaży, muszą ze swoją deską przejść obok hoteli, restauracji, fastfoodów, przebić się przez deptak pełen lodziarzy i straganów z okularami przeciwsłonecznymi, potem przedrzeć się prze ruchliwą ulicę, po której suną kabriolety z opalonymi laskami i ich gachami, na przejściu dla pieszych odczekać na zielone światło, przejść obok plażowiczów, lawirując by nikogo nie trzasnąć deską, i już mogą rzucać się na fale. Zupełnie jak w Raju.
Rodzinnie w Brisbane
Trafiłem w sam środek rodzinnej imprezy i od razu w mojej dłoni pojawiło się piwo, a przed nosem spory kawałek tortu z wielkimi kawałkami truskawek.
Glen mieszkał z mamą i jej mężem, ale weranda pełna była też ciotek i wujków, wokół biegały dzieci i gdy odkryły, że Tišina ma klakson nie mogły się od niego odczepić (właściwie to sam sobie wcześniej nie uświadamiałem, że motor wyposażony jest w takie urządzenie).
Miałem trochę problemów, by rozszyfrować o czym mówiło się z nowozelandzkim akcentem przy stole, niemniej przyjęcie było bardzo serdeczne i rodzinne. Znów pomyślałem o Polsce i o tym jak tam będę przyjęty, kiedyś trzeba będzie przecież wrócić. Glen też, mimo że część rodziny przeniosła się do Australii, sam myślał o powrocie do Nowej Zelandii, choć nie był tam już od sześciu lat. Podobnie jak ja, w listach pytał przyjaciół i znajomych czego może się spodziewać. Z przygnębieniem odkrył, że sporo osób mimo, że chciałoby go zobaczyć, to jednak stanowczo odradzało powrót. Mówili, że nic się nie zmieniło od kiedy wyjechał, że nie ma zbyt wielu perspektyw, że są tym przygnębieni, i że wciąż jest tak samo zimno. Glen się uparł i mimo wszystko postanowił wrócić, pójść na studia, na filozofię albo nauki polityczne.
**
Rodzina mieszkała w dzielnicy oddalonej jakieś trzydzieści kilometrów od centrum, musieliśmy udać się najpierw na stację kolejową, żeby ruszyć w miasto. Wylądowaliśmy w jakimś rozrywkowym miejscu, ulice były pełne knajp i restauracji. Krążyliśmy od baru do baru, zatrzymując się na kieliszka, partię bilarda, posłuchać grającego właśnie na żywo zespołu reggae`owego, albo pogaworzyć z francuskimi zmysłowymi turystkami.

Wreszcie trafiliśmy do chińskiej restauracji, gdzie już trochę wstawieni popisywaliśmy się niespodziewanie sprawną obsługą pałeczek. Przez cały czas Glen opowiadał o swoim niedawnym pobycie w Japonii. Jako zawodowy kucharz skupiał się przede wszystkim na orientalnych smakach, zachwalając różne potrawy, ośmiornice, kałamarnice, wszelkie małże i węże. Gdy jednak zaczął rozprawiać o jedzeniu koni musiałem go powstrzymać, fuj… Zdaje się, że wybiegłem w poszukiwaniu toalety.
No i tak się bawiliśmy zaliczając jeszcze kilka lokali, że ostatni powroty pociąg dawno nam uciekł, a na pierwszy tego ranka nie było co czekać, bo bary już i tak zamykali wypraszając ostatnich klientów. Glen wyciągnął komórkę i jakimś dziwnym bełkotem zamówił taksówkę, w której zresztą zasnął. 30 kilometrów do domu, licznik nabijał z lubością kolejne cyferki, ale było mi już wszystko jedno. Czułem się dobrze. No może do momentu gdy znów przypomniałem sobie o zupie z końskiej głowy…
Obudziłem się w południe następnego dnia, w domu nie było nikogo. W komórce nowe smsy, ale jakoś nie miałem siły ich rozszyfrowywać. Starzy bywalcy Oak&Ivy nie mogli się doczekać kiedy znów wypijemy… zdaje się, że mieli już jakieś zakłady wobec mojej wyprawy… Gary pisał: Dood, Polish fellow. Where r u, where have u been? When u comin 4 a drink with us? We tried your web page but no English, didn`t know how to send mess.
A mama w tym czasie: Kochany Jarusiu, Wesołych Świąt, śniłeś się babci, daj sygnał, pa
To już chyba Wielkanoc…
**
Pokręciłem się trochę po mieście, notując parę dziwnych obserwacji. Mimo tych statystyk i rozbudowy, samo centrum bardzo przypominało Perth, nie było tak szybkie jak Melbourne czy Sydney, właśnie takie w sam raz.

Usiadłem przy głównym deptaku, pośród pasaży handlowych, ukrytych za fasadami ładnych kamieniczek. Z głośników płynęła przyjemna muzyczka, zdaje się, że lekki dżezik. Obserwowałem grupę punków, którzy zawsze kojarzyli mi się z mocnymi hasłami: anarchia, zerwanie z komercją, wyzwolenie. Ci tutaj, oczywiści ubrani we wszystkie insygnia, skóry nabite ćwiekami, wysokie glany, czerwone spodnie, natapirowane kolorowe fryzury, zbierali się pod Hungry Jackiem, czyli miejscową odmianą Burger Kinga. Wyglądali dziwnie, sztucznie, jakby nie z tej planety – buntownicy w kolorowych strojach, z ludźmi zajadającymi ze smakiem hamburgery w tle. A do tego spadł lekki deszczyk i zaczęła się mała panika, bo natapirowane na głowie czuby zaczęły się topić, dając jakby symboliczną nutę całej tej scenie.
**
Glen wracał późnymi wieczorami, teraz miał świetną pracę, gotował wykwintne potrawy w ekskluzywnym ośrodku z polem golfowym, niedaleko domu. Oszczędzał pieniądze na powrót do Nowej Zelandii, podobała mi się ta jego determinacja.

Ja natomiast z niemniejszym zacięciem wydawałem swoje pieniądze na włóczęgę po świecie… jeszcze nie wiedziałem dokąd chcę dotrzeć. Ale póki co nie było mi z tym źle, działałem już przecież globalnie. Glen odpalił komputer, sprawdziłem pocztę i oto jakiego maila przysłał mi Jędrzej, którego poznałem kilka tygodni wcześniej w Melbourne, i któremu opowiedziałem o swoich podróżach:
Cześć Wuja.
Siedzę sobie w piątek w chińskiej knajpie, i zaczepia mnie jakiś kolo.
„cześć, jestem Adam, jak długo tu jesteś” itp.
No więc gadam z tym bałwanem i pytam się go z jakiej dupy on się urwał.
Kolo opowiada skąd jest i co robił przedtem.
Mówi, że był w Stanach i trochę tam sobie pojeździł.
Kupił samochód od jakiegoś Polaka za 600 baksów.
Przerywam mu i mówię: Chrysler LeBaron?
A klient na to: skąd wiesz?!?———–
Świat to wiocha
Pozdrawiam.
Nasz Chrysler, którym objechaliśmy Stany! Sprzedaliśmy go młodemu chłopaczkowi, który teraz cudem odnalazł się w Australii!!!
Zbieg okoliczności mnie poraził. Adam, którego spotkaliśmy w Ameryce, i Jędrzej, którego poznałem niedawno w Australii. Pierwszy, przeniósł się z USA do Sydney, a tylko na weekend pojechał do Melbourne, wszedł do knajpy gdzie siedział ten drugi, usłyszał polską mowę, zagadał i opowiedział o samochodzie, którego historię Jędrzej poznał wcześniej ode mnie… Niemożliwe. A jednak.
Rafy i manowce
Ruszyłem dalej, by zupełnie niechcący, niespodziewanie przekroczyć Zwrotnik Koziorożca. Bez większego wrażenia. Chociaż na globusie widać go tak pięknie, cienka kreska biegnąca wokół Ziemi, w rzeczywistości nie jest nawet zaznaczony.
Znów zacząłem gnać przed siebie, nigdzie się nie zatrzymując. Powinienem jeszcze przez kilka dni jechać na północ, co oznaczało, że będę się poruszał wzdłuż Wielkiej Rafy Koralowej.
Znów byłem w namiocie i przed chwilą na ekranie komputera rozgniotłem komara. Gdzieś w Queenslandzie, nie wiadomo gdzie, zatrzymałem się w lesie przy bocznej drodze. Rozbiłem namiot na dziko między dwoma polnymi ścieżkami. Miałem nadzieję, że nikt nie przyjdzie mnie stąd wywalić w środku nocy, nikomu chyba nie przeszkadzałem specjalnie. Zmrok zapadł i znów widziałem kangury przy drodze, to był mocny sygnał żeby się zatrzymać. Zaopatrzony w całą torbę miejscowych owoców, znów zrobiłem sobie bananowo-ananasową ucztę. Nigdy wcześniej nie jadłem posiłków, które w całości składały się z owoców. Myślałem, że bez sztuki mięsa się nie obejdzie.
Wczesnym rankiem motor znów nie chciał zapalić, biegałem więc, popychając go przed sobą, by zaskoczył. Gdy wreszcie się udało, pognałem dalej i już nie miałem litości dla swej maszyny. Po zmianie oleju i filtra powietrza (gdy go rozkręciliśmy z Bartkiem w Sydney, ze zdumieniem wyciągnąłem poprzedni zrobiony z pończochy…), myślałem, że wszystko będzie już w porządku. Klimat Tišinie nie służył zdecydowanie, a będzie jeszcze cieplej i wilgotniej… Silnik się przegrzewał, a rano nie mogłem normalnie zapalić.
Cóż klimat jest jaki jest. Niektórzy się z niego cieszą. Jeszcze przed przekroczeniem Zwrotnika Koziorożca przemknąłem obok zoo Steve`a Irwina, słynnego australijskiego pogromcy zwierząt, gdzie można zobaczyć jego zapasy z krokodylami i jak oplata się wężami.
Steve jest bardzo znany w USA, także w Polsce można kupić DVD z jego telewizyjnym show. Facet biega ciągle w szortach, wrzeszczy swój nieodłączny okrzyk crikey! i rzuca się na krokodyle, węże i wszelkie jaszczury.
Teraz chyba miał małą przerwę, bo trochę się wygłupił i podczas jednego z przedstawień w zoo, wymachiwał swoim maleńkim dzieckiem przed żarłocznymi szczękami krokodyla. Pokazała to telewizja z komentarzem o niezbyt odpowiedzialnym rodzicu i Steve Irwin nie został przez ten wybryk człowiekiem roku, choć nominowany był za swe zasługi w promowaniu walorów Australii za granicą.
Do zoo nie wstąpiłem, przejechałem obok.
**

W ciepłym klimacie oprócz występowania żarłocznej fauny, zmienia się też flora. Jadąc z Brisbane przejeżdżałem przez ogromne plantacje trzciny cukrowej, by dotrzeć wreszcie do miasteczka Bundaberg i słynnej na cały kraj gorzelni rumu, napoju farmerów i górników. Zaopatrzyłem się oczywiście w zapas na drogę, na długie samotne wieczory pod gwiazdami. Nie jest to najwyższej jakości trunek, ale to nie zmienia faktu, że jest popularny. Jego butelkę z charakterystyczną żółtą nalepką z czarno-czerwonym napisem i polarnym niedźwiedziem w logo, poznam wszędzie. W niektórych barach sprzedaje się go nawet z prosto z beczki, mocno schłodzonego i zmieszanego od razu z kolą. Pięknie kołysze do snu.
Póki co, jeszcze jechałem i nie myślałem o śnie ani alkoholu. Jechało się nieźle, choć droga była zatłoczona. Zjeżdżałem więc do wioseczek i małych miasteczek, oddalonych od wybrzeża. Tutaj ludzie zawsze byli serdeczni, tacy mili, małomiasteczkowi, sami zaczepiali mnie na ulicy, pytali o motor, o podróż, skąd jestem. Taka Australia mi się podobała, nie turystyczna, gdzie oblegana rafa i krokodyle w klatkach, ale swojska i serdeczna. Już niedługo miałem zamiar do niej wrócić, musiałem jeszcze tylko przejechać ten komercyjny kawałek wybrzeża.
Dzisiaj, dając sobie jakby przedsmak tego, zajechałem na meat pie, czyli ciastko z mięsem, z frytkami obok i sosem domowej roboty, przysmaki z Australii.
Przy okazji wdałem się w pogawędkę ze starszym panem, jak się okazało emigrantem z Niemiec. Zainteresował się motocyklem, sam jeździł kiedyś BMW.
- Więc skąd jesteś młody człowieku? – zapytał.
- Z Polski. – Odpowiedziałem, na co pan wybałuszył oczy i pobladł.
- To wy sobie tak możecie jeździć?? – zapytał z niedowierzaniem. W pierwszej chwili nie zrozumiałem.
- No, tak…
Na co on w podnieceniu – Pracowałem kiedyś z jednym Polakiem, pilotem był, i musiał samolot ukraść żeby się stamtąd wydostać! Nie wraca, bo by go zastrzelili… – Pobladłem. Człowiek stał przede mną, był 30 lat poza Europą, i nie dotarła do niego przez ten czas żadna wiadomość, która zmieniłaby jego postrzeganie naszego kraju. Spokojne życie australijskiego przedmieścia udziela się wszystkim. No worries.
Tutejsi harleyowcy też mnie nie przekonywali, po tym jak widziałem ich bandy w Perth i Sydney, tutaj na razie spotkałem samych motocyklistów w wyprasowanych koszulach, nienagannie czystych butach, elegancko wygolonych, na wypolerowanych maszynach. Jeden z nich gdy rozmawialiśmy przez chwilę, powiedział, że robię szaloną rzecz jadąc w takich warunkach – myśląc o sposobie mojego podróżowania. Pomyślałem, że rzeczywiście dla niego to może jest szalone, podstarzałego, byłego kierowcy ciężarówek, który na stare lata kupił sobie wielkiego harleya, ale nie mogłem go już słuchać kiedy postanowił jednak być moim mentorem, dawał rady bym sobie kupił kufry na bagaż, bym sobie opony zmienił na lepsze… Jasne mate…
Będąc tutaj zaczynałem już powoli buzować. Odkryłem jednak przyczynę – mam cholerną alergię na komercję. Nie trawie miejscowości turystycznych, gdzie roi się od wczasowiczów, sklepików z widokówkami i pamiątkami. Nie mogę zdzierżyć opalonych młodzieńców w podkoszulkach, wyżelowanych włosach i okularach na głowie. Nie lubię backpackersów w klapeczkach, obwieszonych tonami plecaków, przemierzających chodniki, beztrosko pchających się na jezdnię, szukających swych ukochanych schronisk.

Ceny w takich miejscach są kosmiczne, przewijają się tłumy, a napisy na barze mówią: „Życie jest krótkie, mocno imprezuj”. No i niby racja, ale klimat wczasowo-plażowy jakoś mi nie odpowiadał i nawet tak bardzo pić mi się nie chciało.
A do tego ulice pełne są biur turystycznych oferujących zorganizowane wycieczki z przewodnikiem, kanapką na lunch i puszką koli. Koszmar.
Odechciało mi się wszystkiego, gdy zobaczyłem ceny wycieczek do rafy koralowej, oddalonej w tym miejscu jakieś kilkadziesiąt kilometrów od brzegu. W Airlie Beach, wczasowej miejscowości gdzie zatrzymałem się na chwilę, monopol miała jedna firma, dysponująca wielkim i eleganckim statkiem z przeszklonym dnem, ciągnącym za sobą sznurki, do których można się podpiąć i nurkować. Przyznam, że przez chwilę rozważałem taki wypad (mimo dziur w kolanach), ale jak pomyślałem, o tej całej otoczce, wczasowiczach wybierających się w takie rejsy i itp. odechciało mi się, a poza tym nie było mnie stać.
I może to jest przyczyna mej alergii i takiej reakcji – kurczące się z dnia na dzień fundusze.
Lekarstwo jest więc jedno – więcej mamony i przystąpienie do sekty Sprawiających Sobie Przyjemność Konsumentów, lub inne – ucieczka.
Zrobiło się już późno, nie miałem wyboru i musiałem zostać na noc w Airlie Beach, jednym z tych turystycznych miasteczek. Zatrzymałem się na polu namiotowym i tradycyjnie wybrałem się do pralni, by poodłączać suszarki od zasilania i naładować baterie telefonu, aparatów i komputera. I co się stało? Wpadł właściciel, zobaczył co robię i mnie wypędził! – Nie zapłaciłeś za pole z elektrycznością – krzyczał – więc ci nie przysługuje!
To był gwóźdź. Nigdy więcej miejscowości wczasowych. Spierdalam.
A rafę koralową i tak jeszcze zobaczę, bo mamy taką w Australii Zachodniej. Ningaloo Reef jest nieco dziksza, dostępna z brzegu i nie ma tam zbyt wielu turystów, tak przynajmniej słyszałem. Z resztą moje kolana na razie wyglądają jak rafa – pełno kolorów, czerwień, brąz, był moment, że nawet zieleń i biel. To mi na razie wystarczy.
Byłem zawieszony gdzieś w niebycie, pomiędzy wszystkim. Mimo wszystkich myśli, uwielbiałem ten stan.
Bracia motocykliści
Silnik strasznie się nagrzewał, musiałem zatrzymywać się co kawałek. Właściwie wymyślałem sobie różne rodzaje przerw – na zrobienie zdjęcia, na chłodzenie silnika, na rozprostowanie nóg, poprawienie bagażu, na masaż tyłka. Musiałem się zatrzymywać, kolana ciągle bolały. Chwila odpoczynku, a potem znów siadałem na maszynę, podpierałem się nogami, chowałem nóżkę (starałem się o niej pamiętać, bo gdy czasem zapominałem, sama o sobie przypominała z wielkim zgrzytem i iskrami trącymi o asfalt na zakręcie), przekręcałem kluczyk. Sprawdzałem bagaż czy jest dobrze przymocowany, robiłem się coraz bardziej leniwy, nie chciało mi się chować rzeczy do torby, wieszałem więc jedzenie, wodę i ubrania w reklamówkach. Jechałem obwieszony workami foliowymi, ściąganymi kolejno ubraniami, torbą z ananasem, statywem, i czerwonym, zapasowym zbiornikiem paliwa. Wreszcie wciskałem sprzęgło, guzik startu, dodawałem troszkę gazu, silnik odpalał, dobiegał mnie miarowy warkot, wrum, wrum, uwielbiałem ten dźwięk. Nogą wbijałem jedynkę, trochę piszczała, ale wreszcie wskakiwała, lekko puszczałem sprzęgło, patrząc w lusterka, dodawałem gazu i w drogę…

W ramach przerw często przesiadywałem też w przydrożnych kafejkach, zajadając ledwo podgrzane ciastka z mięsem. Gdy tak raz siedziałem i żułem w spokoju, nagle usłyszałem na zewnątrz jakiś przeraźliwy warkot. Popatrzyłem przez okno, a wokół mojego motoru pojawiały się kolejno wielkie ryczące harleye, a na nich brodacze w skórach. Faceci byli starsi, mieli wielkie tatuaże, a ich lśniące maszyny otaczali moje maleństwo. „Rebels Australia”, każdy z pięknie wyszytym napisem na plecach. Przełknąłem ciastko, przełknąłem ślinę. Zatrzymali się na kawę. Ci harleyowcy nie mieli wyprasowanych kantów. Wpadli do baru.
Gdy skończyłem jeść, wyszedłem na zewnątrz, a jeden członków gangu ruszył za mną. Był wielkim, starszym facetem z fryzurą na irokeza. Stanął obok i zaczął mi się przyglądać. Widziałem, że próbował zapalić papierosa, ale męczył się z zapalniczką. Podałem mu moją.
- Cheers – powiedział. I zagadnął – dokąd jedziesz?
- Do Perth.
- Ale Perth jest w tamtą stronę – pokazał.
- Wiem, stamtąd przyjechałem. – odpowiedziałem z nutką dumy. Ciągle niepewny jego zamiarów, niechcący wdałem się w dyskusję z prawdziwym członkiem gangu, wielkim bikie.
- Okrążasz Australię? – zorientował się. – Nieźle. A to co? – zobaczył puszkę z zupą przymocowaną do mojego silnika.
- Podgrzewam obiad. – powiedziałem. Pokiwał głową z aprobatą.
- Jakieś wypadki? – spytał wreszcie egzaminując mego potwora, więc opowiedziałem mu historię starcia z kangurem. Słuchał w ciszy, nic nie mówił, kiwał tylko głową.
Wreszcie nadeszła moja kolej na pytanie:
- Słuchaj powiedz, bo ja obcy tutaj jestem i sam jeżdżę, jaki jest sens gangu motocyklowego? – jakoś tak nieskładnie wypaliłem.
Rozmówca nie zastanawiał się długo:
- Braterstwo – padła krótka lakoniczna odpowiedź.
Z baru wytoczyli się powoli jego przyjaciele. Patrzyli na mnie, popatrzyli na niego – jakby chcieli powiedzieć – z kim ty gadasz? Zawstydzony czy nie, bikie zmienił front, rozmawiając ze mną normalnie wcześniej, powiedział teraz do swych braci – Ten gościu na kupie złomu okrąża Australię i właśnie mi powiedział, że walnął kangura. Ha, ha. Zabawne. – i wszyscy wybuchnęli rubasznym śmiechem.
Odpalając jeden po drugim z wielkim rykiem, Rebels Australia, bracia ruszyli zostawiając mnie duszącego się w wielkiej chmurze czarnego dymu.


