Perth
Zamiast wstępu
Niewiele pamiętam ze swej imprezy pożegnalnej, ale coś mi się wydaje, że hucznie świętowałem ostatni dzień pracy w barze, w podziemiach hotelu Criterion, w mieście Perth.

Gdy obudziłem się w obcym pokoju, nie bardzo wiedziałem gdzie jestem. Jedyne, co przyszło mi na myśl to ucieczka. Zerwałem się z łóżka, sięgnąłem po kurtkę, a z jej kieszeni wypadł jakiś pomięty papier. Na kartce zapisana była jakaś lista, charakter pisma niby mój, ale trochę rozchwiany. Zanotowałem skrupulatnie, co mi podyktowali barowi żartownisie:
Z informacji zebranych wśród znawców pijących w Oak&Ivy wynika, że w czasie podróży wokół Australii wszystko co zobaczę pomiędzy wielkimi miastami to:
- martwe krowy
- potrącone owce
- rozjechane kangury
- strzępki opon pozostawione przez wielkie ciężarówki
- znaki drogowe podziurawione kulami z rewolweru
- pokłady puszek po piwie
- oraz masa czerwonego piachu i kurzu.Zapowiadało się fascynująco. A co z wolnością, której miałem zamiar szukać?
Otarłem pot z czoła, zapierając się o framugę drzwi wpadłem do łazienki, przyssałem się do kranu, pijąc chyba z litr wody i polewając głowę prysznicem.
Po całym roku spędzonym w jednym mieście, mogłem wreszcie się wyrwać, a oprócz potwornego bólu głowy, miałem już gotowy do drogi motocykl.
Tak trudno się zatrzymać
Siedziałem w Australii już dwanaście miesięcy, a wszystko co do tej pory widziałem to Perth, o które autor tekstu w National Geographic zapytywał kiedyś – Co takie ładne miasto robi w takim miejscu?
No bo rzeczywiście – może i ładne, ale zagubiło się gdzieś w Zachodniej Australii, stanie osiem razy większym od Polski i 268 razy od mojego województwa Opolskiego. Zachodnia Australia, której stolicą jest Perth, to w połowie pustynia, pokryta pomarańczowym piaskiem i skałami. Mimo, że miasto ma grubo ponad milion mieszkańców (w co do tej pory nie mogę uwierzyć), na północ od niego nie ma osady większej niż 40 tysięcy mieszkańców, a cały zachodnioaustralijski outback (czyli wszystko to, co z dala od wielkich miast, i od jakiejkolwiek cywilizacji) liczy zaledwie 482 tysiące mieszkańców.
Wyglądało więc na to, że trafiłem w jakiś zapomniany przez wszystkich zakątek Ziemi, na dokładkę dostając maile od znajomych o treści: Fajnie, że jesteś w Australii, ale gdzie jest to Perth?!
Wśród niektórych moich australijskich przyjaciół też wyczuwałem lekki kompleks. Gorąco zapraszali na spotkanie z jakimś reżyserem (podobno znanym, choć ja go nie kojarzyłem), mówiąc, że to niepowtarzalna okazja, bo nie pojawiają się oni tutaj często.
Wielkie gwiazdy sceny też nie chciały tu przyjeżdżać, bo to przecież nie po drodze. W Perth zamykano sale koncertowe, a największa, Burswood Dome mogąca pomieścić nawet 20 tysięcy widzów, przynosiła ogromne straty. Wśród gwiazd, które jednak odważyły się wpaść w te strony, mocno promowany był Blondie, zespół stary jak świat.
Próbowaliśmy się więc pocieszać, bo czasem jakieś wielkie wydarzenia sportowe rozgrzewały atmosferę. Ale cóż z tego? Wybraliśmy się z chłopakami na wyścig samochodowy klasy World Rally Championship, owszem – pojawiła się cała światowa czołówka – ale tak sobie myślę, że przecież to rajd ekstremalny i polega raczej na ściganiu się polnymi drogami…
W Australii odbył się także Puchar Świata w Rugby, ale Perth miało zaszczyt gościć tylko pięć eliminacyjnych meczów. Obok Anglii zobaczyliśmy takie światowe potęgi jak Gruzja, RPA i Samoa…
A do tego wszystkiego nawet nazwę miasta trudno wymówić. Ideałem jest oczywiście zacząć od „pe”, wibrując i przedłużając „e”, potem prześliznąć się niepostrzeżenie nad „r”, by wreszcie przygotować aparat mowy do wyartykułowania „th” jako coś zbliżonego do naszego „f”, ale bardziej sycząco, wciskając język między zęby. Niemożliwe.
Japończycy mówią „parf”, a Polacy „pert”.

Więc właściwie spędzając tu cały rok, nie miałem bladego pojęcia jak wygląda Australia. Nie mogłem wyjechać zanim jej nie zobaczę…
Lewoskrętny zawrót głowy
A jak to najlepiej zrobić? Motocykl… Motocykl? Motocykl!… Będę miał motocykl!!!
Problem był tylko jeden – nie umiałem jeździć, nie mówiąc już o tym, że nie miałem prawa jazdy na motor. Ale co tam! Wiedziony impulsem i chęcią realizacji wizji, która się przede mną roztoczyła, jeszcze tego samego dnia wykręciłem numer instruktora jazdy, poleconego przez sklep ze skuterami.
Nie miałem prawie żadnych wcześniejszych doświadczeń na jednośladach. Właściwie udało mi się tylko przejechać dwa razy na motorynce w szkole podstawowej, potem chwilkę na skuterze. Uwielbiałem rower, ale jedna z mych eskapad zakończyła się w szpitalu. Motocyklem nigdy wcześniej nie jeździłem.
Ale to nie ważne. Już to widziałem: prosta autostrada, pęd, wiatr we włosach. Wolność!!!
O siódmej rano zameldowałem się na zapleczu sklepu ze skuterami. – Ow ya goin`, mate? – przywitał mnie opalony, wysoki człowiek w skórzanej, motocyklowej kurtce. – jestem Frank – przedstawił się ciągle uśmiechając. Jak można być w tak świetnym humorze o siódmej rano? Australijczycy ciągle mnie zadziwiali. Frank przyjął mnie w swej maleńkiej klitce, wymalowanej na niebiesko. Obok biurka stał połamany wieszak z kurtkami i pomarańczowymi kamizelkami z literą „L”, na podłodze kilka kasków.
- Umiesz jeździć na rowerze? – zapytał. Odpowiedziałem, że tak, choć przecież nie jest to wielka sztuka. – A samochodem? – Przytaknąłem, choć z zastrzeżeniem, że owszem, ale tylko z kierownicą po właściwej stronie.
– Cóż, średnio kursanci potrzebują jakichś ośmiu do dziewięciu lekcji by złapać o co w tym wszystkim chodzi – powiedział Frank.
- A ile kosztuje jedna?
- 50 dolarów – odrzekł nie przestając się uśmiechać i już wiedziałem dlaczego mu tak wesoło.
Przełknąłem ślinę i wyrzekłem:
- Zgoda.

Do szkoleń Frank używał maleńkiej hondy, która miała jednak ogromną zaletę – obok prędkościomierza, wyświetlacz wskazywał, na którym biegu jest maszyna. Była to nieoceniona pomoc dla początkujących – nie trzeba w pamięci liczyć biegów, gdy na przykład konieczna jest redukcja przed krzyżówką. Ale do krzyżówek to jeszcze daleka droga. Na razie wsiedliśmy na ten maleńki motorek we dwóch i Frank zawiózł mnie na wielki, pusty, osiedlowy parking, gdzie musiał zacząć tłumaczyć wszystko od podstaw. To jest gaz, to sprzęgło, a to hamulec…
- Wbij jedynkę, powoli puszczaj sprzęgło, delikatnie dodając gazu – ale co znaczy powoli i delikatnie? Maleńka maszyna wyrwała spode mnie z impetem. Tak zaczęła się droga przez mękę – pasjonujące jeżdżenie w kółko na pierwszym biegu pomiędzy słupkami i kręcenie ósemek. Na drugiej lekcji zapytałem instruktora: – Po której stronie jezdni mam jechać? Nie zawsze pamiętałem o kierunkowskazach, silnik często się dławił, ale miałem mocną motywację, więc na następnych lekcjach pędziłem przez najruchliwsze arterie miejskie, prostując się, z wielką radością na twarzy.
Po ośmiu godzinach treningu, nie byłem jeszcze pewien swoich umiejętności, ale każda następna to wydatek grubych dolarów, postanowiłem więc iść na żywioł. Wreszcie nadszedł dzień egzaminu. Zjawiłem się wcześniej u Franka, który miał mnie eskortować na miejsce.
Przed budynkiem urzędu wydającego prawa jazdy pojawił się egzaminator – starszy, groźnie wyglądający człowiek w kasku z otwieraną przyłbicą. Nachylił się nade mną i powiedział:
- Pojedziesz do końca ulicy, skręcisz w lewo, włączysz się do ruchu, przejedziesz skrzyżowanie, skręcisz w trzecią w lewo, przejedziesz sto metrów i zatrzymasz się. Zapamiętałeś? No to w drogę.
Zacisnąłem zęby i chyba jeszcze usłyszałem krzyczącego za mną Franka: – Kierunkowskazy! – Instruktor, znający moje słabe punkty, starał się przypomnieć o czymś oczywistym, a zarazem tak bardzo przeze mnie ignorowanym.
Ruszyłem pewnie. Rozejrzałem się, skręciłem w lewo, minąłem światła, odbiłem w trzecią w lewo. Koncentrowałem się mocno i tylko to powtarzałem sobie w myślach. – Lewo, światła, trzecia w lewo. Wyglądało na to, że się udało się. Znaleźliśmy się na wąskiej osiedlowej uliczce. – Zrób kilka ósemek – zarządził instruktor. Posłusznie wykonałem akrobacje, raz niestety podpierając się nogą, chociaż było to dopuszczalne. Egzaminator popatrzył groźnie, kazał mi ruszyć pod górkę, wtłoczył do głowy którędy będziemy jechać, nakazując zapamiętać i powtórzyć. Włączyliśmy się do ruchu, trochę kluczenia, kółko wokół bloku, jazda w ruchu ulicznym trwała jakieś 15 minut, choć mi wydawało się, że wieczność. Wreszcie zatrzymałem się przy wiecznie uśmiechniętym Franku.
- Po skręcie ustawiłeś się nie na tym pasie co trzeba – powiedział sucho egzaminator. Frankowi ani na chwilę uśmiech nie zniknął z twarzy, ale moja chyba wykrzywiła się w grymasie: – Co prawda zmieniłeś go później, ale było to ryzykowne – kontynuował, a ja bladłem coraz bardziej. – Nie jest to kardynalny błąd, więc uznaję egzamin za zdany.
Teraz dopiero uświadomiłem sobie jak bardzo drżały mi kolana. Frank uścisnął moją zwiotczałą dłoń: – Jesteś już motocyklistą! Witaj w klubie! – Klepnął mnie z rozmachu w plecy, po czym uroczyście, z namaszczeniem ściągnął ze mnie wielką pomarańczową kamizelkę z jeszcze większą, odblaskową literą „L”.
Niech mi kangur
Kupiłem gazetę z ogłoszeniami i więcej nie szukałem. Spieszyło mi się bardzo – pierwsza gazeta, pierwsze ogłoszenie, pierwszy telefon i już byłem zdecydowany.
W tydzień po otrzymaniu nowego prawa jazdy umówiłem się ze sprzedającym z dzielnicy Mirrabooka. Właściwie do końca nie wiedziałem co robię, bo na motoryzacji, a tym bardziej na motorach znałem się niewiele. Widziałem jednak parę zdjęć Yamahy Virago, modelu, który jechałem zobaczyć i uznałem, że generalnie pasował do mojej wizji jechania wzdłuż wybrzeża z rozwiewanymi przez wiatr włosami. Oczywiście maszyna, którą znalazłem nie była olbrzymem, ani potworem. Właściwie miała tylko 250 centymetrów sześciennych, ale moja licencja pozwalała na dosiadanie maszyn tylko o takiej pojemności. Na razie nie martwiło mnie to jednak specjalnie, bo brak jakiegokolwiek doświadczenia w jeździe motocyklem był u mnie bardzo widoczny i nie chciałem umierać młodo. Gdy postanowiłem pochwalić się nabytkiem i wrzuciłem zdjęcie maszyny do mojego internetowego dziennika, któryś z czytelników napisał, że sobie sprawiłem jakiś taki „niemęski” motorek. Cóż, zobaczymy!

Maszyna była trochę zakurzona i nieco podrdzewiała, niemłoda (choć do pełnoletniości jeszcze hoho!), o podejrzanie niskim przebiegu. Jednak bordowy kolor zadziałał jak płachta na byka, skojarzył mi się z seksownym kolorem bielizny i nie mogłem się oprzeć.
Choć udało mi się stargować z 2400 dolarów na 2200 (a dolar australijski nieźle w Polsce wtedy szedł w górę), to właściwie miałem to gdzieś. Trzeba mieć fantazję!
Obiektywnie patrząc przecież to jedynie trzy miesiące mojej pracy w hotelu, przy noszeniu walizek, uciszaniu kibiców tańczących nago na korytarzu i tłumaczeniu nowożeńcom, dlaczego mamy dla nich tylko pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami.
Wreszcie wolność!
W drogę. Niech mi kangur nie podskoczy!


