Nullarbor
To jest Australia, mate
Skręciłem w stronę otoczonego przez piaszczystą pustynię Kalgoorlie. Jedynym powodem by miasto mogło powstać w takim miejscu jest oczywiście złoto. To właśnie tutaj jest jedno z bogatszych złóż na świecie.

Kalgoorlie wciąż żyje z górnictwa, nadal wydobywa złoto i miedź, choć niewiele rozwinęło się od czasów pierwszych kopaczy – nadal ma 30 tysięcy mieszkańców. Szeroka główna ulica pełna jest pubów i hoteli. Takie zgromadzenie twardych i majętnych kopaczy (górnicy w Australii do biednych ani miękkich nie należą) owocuje niespotykanie wysokim procentem harleyów na mieszkańca. No i te bary! Kalgoorlie, bardziej rozwinięte pod tym względem niż ponad milionowe Perth, jest mekką co bardziej wyzwolonych nastolatków z całej okolicy. Opowiadał mi Warren, stały bywalec mojego pubu, jak to się kiedyś wybrali z kolegami na wyprawę. Stara, rozklekotana toyota, uprowadzona gdzieś z garażu rodziców i ich czterech, młodych podnieconych niepokornych, jadących zobaczyć mityczne dla nich streapshow. Po czterystu kilometrach skończyła im się benzyna i pieniądze. Sprzedali wszystko co mieli – zegarki, aparaty fotograficzne i wrócili do domu…
Ja tu jednak dotarłem. Podziwiałem szerokie ulice, ozdobne elewacje hoteli, kunsztowne balkony, zdobione poręcze. I te reklamy: „Napij się z naszymi pięknymi dziewczynami”, „Najszczuplejsze w mieście”. Zapomniałem co ja tu w ogóle miałem kupić? Kanister? Żarcie?
Przez wachlarze zamiast drzwi wszedłem do saloonu Exchange Hotel. Zamówiłem małe piwo. Sączyłem spokojnie próbując przypomnieć sobie listę niezbędnych zakupów, dumając także o różnicach między polskim a australijskim przemysłem wydobywczym. Zamyślony, uniosłem wzrok, a przede mną objawiła się dziewczyna – rozpuszczone kusząco włosy, kibić zgrabna, nakryta tylko jakąś prześwitującą grzesznie siateczką… Nachyliła się nade mną, a jej kształtne i jędrne piersi zafalowały na wysokości mojego wzroku. – Czy chciałbyś jeszcze jedno? – zapytała zmysłowo. Ja tak nigdy nie umiałem piwa sprzedać…
Wyszeptałem tylko – poproszę… ehmm, to jest POPROSZĘ!
Dużo niczego
Trzy i pół dnia jechałem przez płaskość. To przerosło moją wyobraźnię… We wtorek teren był jeszcze trochę zróżnicowany, mijałem jakieś krzewy, mniejsze, większe, a co jakiś czas migotały w słońcu małe oczka wodne. Potem wszystko powoli zaczęło zanikać, teren stawał się płaski po horyzont, nie było już drzew, pozostała tylko prosta droga, szerokie pobocze, jakbym płynął morzem krzaków, mijając tylko co kilkaset kilometrów podziurawione kulami żółte znaki drogowe, ostrzegające przed błąkającymi się zwierzętami. Obłęd.
I nagle, w czwartek pojawił się ocean, na chwilę ukazały się strome urwiska, jakby ziemia gwałtownie zapadła się do niego. Ale i on zniknął.
Jeżeli to przejadę, to wszystko się uda. Pełen obaw i czarnych myśli, jechałem przez Nullarbor, nizinę, ciągnąca się w południowej części Australii, i długą na ponad 1300 kilometrów Eyre Highway.
Musiałem dostać się na Wschód drogą długą i monotonną, ale problem w tym, że nie było innej. Można jeszcze próbować objechać kontynent od północy, albo przebić się przez pustynię drogą z piasku i trafić w sam środek kontynentu. Nie ma innych możliwości.
Właściwie trzeba się cieszyć, że w ogóle jest jakaś droga. Jedyna południowa trasa łącząca Perth ze wschodem kontynentu, wiodąca przez Nullarbor, przez długi czas była polna, tzw. dirt road. Dopiero pod koniec lat 60 ubiegłego wieku pojawił się tu asfalt, łącząc ostatecznie dwie części kontynentu w 1976 roku.
Ta niezbyt gościnna dla ludzi okolica Australii jest domem dla kilku zwierzątek, które umilają przejazd, ale też nieźle mogą zaszkodzić. Minąłem znak ostrzegający przed kangurami, wielbłądami i emu z napisem uwaga! droga nie ogrodzona na długości 1150 kilometrów. To najdłużej obowiązujący znak drogowy jaki widziałem w życiu!

Wymalowane kangury i emu, to rozumiem, ale wielbłądy?
Od pionierskich czasów Nullarbor przemierzało wielu śmiałków, między innymi Afgańczycy (tak zwani, bo w rzeczywistości pochodzili z różnych miejsc: Kaszmiru, Turcji, Persji, Egiptu i innych) ze swymi wielbłądzimi karawanami. To dzięki nim zwierzę rozprzestrzeniło się w Australii, żyjąc teraz dziko. Niestety, a może na szczęście, mi nie udało mi się wypatrzeć ani jednego garbusa.
Pierwszy, najdłuższy odcinek bez cywilizacji to 190 kilometrów. Do zwykłych toreb jakie ze sobą wiozłem, związanych uchwytami i przewieszonych przez siedzenie, dorzuciłem trochę dodatkowych butelek z wodą. Bagaż powiększył się też o kanister z pięcioma litrami zapasowego paliwa, wydłużając zasięg do trzystu kilometrów. Benzyna jest tutaj droższa, do tej pory cena orbitowała w okolicach dolara za litr, choć dolar trzydzieści, to nie jest jeszcze najgorzej. Słyszałem, że na pustynnych szlakach, gdzie benzynę kupuje się od Aborygenów, ceny są bardziej wygórowane i może się okazać, że jedynym dostępnym paliwem jest samolotowe…
Trasa nie wyglądała jednak tak strasznie jak się spodziewałem. Wreszcie zrzuciłem kask i dałem się ponieść przestrzeni. Żywioł, prosta droga, pędziłem przed siebie! Pogoda się poprawiła, jechałem rozpięty, przyjmując na siebie podmuchy rozgrzanego powietrza. Ludzie oczywiście straszyli, że przejazd przez Nullarbor to kawał drogi, że niebezpiecznie tak się motorem wypuszczać. Gary (kolejny z mych barowych ulubieńców) nowiuteńkim holdenem z ośmioma cylindrami, jechał 150 kilometrów na godzinę, a pokonanie dystansu z Melbourne do Perth zajęło mu 3 dni. – I nic po drodze nie było. – powiedział.

Czasem jednak w tej pustce można wypatrzeć oazę.
**
Balladonia jest pierwszą stacją po 190 kilometrach od Norseman, gdzie Eyre Highway się zaczyna (lub kończy). Na mapie widniała jako miasto, ale w rzeczywistości okazała się tylko roadhousem, czyli stacją benzynową i motelem, z kilkoma domkami kempingowych. Był też barek, więc właściwie wszystko czego nam potrzeba.
Balladonia (populacja 14) przystanek na tankowanie przy Eyre Highway stała się wczoraj centrum światowej uwagi – 13 lipca 1979 roku napisał dziennik The West Australian. Co się stało?
Właśnie wtedy i właśnie w tych okolicach gruchnęły o ziemię szczątki amerykańskiej stacji orbitalnej Skylab. A nie było to byle co – przed wejściem w atmosferę ziemską kolos ważył 85 ton i miał 25 metrów długości.
Dziennikarze zjechali się z Ameryki i Australii, a żeby nadać korespondencję, bili się o jedyny telefon, który był na miejscu.
Zaczęła się kolejna gorączka, największa od czasów odkrycia tutaj miedzi. Amerykanie płacili słono za każdy znaleziony odłamek tego kosmicznego laboratorium.
Ostatnie godziny stacji nie były kontrolowane, Skylab spalił się w atmosferze, a jego szczątki miały spaść do oceanu, ale nie wyszło. Amerykanie nie przejęli się jednak mówiąc, że ta część Australii to i tak dobre miejsce – nic tu nie ma oprócz kangurów. Poza tym przez dotychczasowe 20 lat podboju kosmosu nikt jeszcze nie zginął od spadających z przestworzy części, z wyjątkiem jednej krowy na Kubie (ale z tego się chyba cieszono). Amerykanie postanowili więc podjąć ryzyko, na co podniosły się głosy, na przykład z Albany, że – Tu są ludzie, przecież my nie jesteśmy kangurami!
Po katastrofie, do Balladonii zadzwonił osobiście prezydent Carter mówiąc, że zapłaci za wszelkie szkody. Pani L. Gallen, menadżerka roadhouse`u, powiedziała jednak (czego potem chyba bardzo żałowała), że o ile jest zorientowana to nie ma szkód (uczciwi i poczciwi Australijczycy). W tym samym momencie w Alabamie ktoś zadzwonił, że był trafiony odłamkiem laboratorium w plecy, a w Kalifornii jakimś cudem odnalazł się dwukilogramowy kawałek…
5 minut sławy, a Skylab do tej pory widnieje na godle Balladonii.
Od tego czasu nic się tu nie wydarzyło i prawdopodobnie nic tak spektakularnego już nie wydarzy. Raz na trzydzieści lat jakiś kosmiczny zbieg okoliczności zelektryzuje na chwilę to miejsce, a potem nie będzie się już działo nic. Ktoś przyjedzie, coś zje, zatankuje. Nic więcej.
**
Ruszyłem dalej, by zatrzymać się dopiero po stu kilometrach, gdzieś pośrodku buszu. Słońce zachodziło, oświetlając równinę pomarańczowym światłem. Wyłączyłem silnik. Rozejrzałem się w około – nie jechały samochody, nie grała muzyka, nie było nikogo, nie było nic. Uderzyła mnie cisza. Poczułem się jakby w zawieszeniu, w próżni, gdzieś pomiędzy końcem a początkiem, setki kilometrów od świata. Byłem w drodze. Jakby życie zaczęło płynąć innym tempem, wyzwalać się. Miałem motocykl, pełny bak, pełny żołądek – i nic innego już się nie liczyło. Wziąłem głęboki wdech. W rześkim powietrzu, które dostało się do moich płuc, a potem uderzyło do głowy, było wszystko – zapach buszu, ciepłego asfaltu, rozgrzanego silnika, zachodzącego słońca, i nutka czegoś jeszcze, czegoś nieuchwytnego…

Wydało mi się, że to miejsce zostało stworzone po to, bym się tu zatrzymał i tak właśnie poczuł.
**
Przez Nullarbor pędzą wielkie ciężarówki, z dwoma lub trzema naczepami, od 80 do 170 ton, od 32 do 62 kół. Road trains czyli drogowe pociągi są postrachem szos. Taki pędzący potwór jest po prostu odkurzaczem, zasysa wszystko co wokół. Gdy widziałem je na przeciwko zawsze zamykałem osłonę kasku, strumień powietrza i pyłu po prostu uderzał. Gdy wyprzedzały czułem jak porywał mnie pęd, wzrastała prędkość, gdybym był bliżej wessałoby mnie pod koła. Ale cała sztuka w tym by się za blisko nie znaleźć! Zacząłem łapać strumienie powietrza tworzone przez wyprzedzające mnie ciężarówki, przy prędkości około stu na godzinę, ustawiałem się kilka metrów za przyczepą, czułem jak pęd powietrza ciągnął mnie za sobą! Road train surfing! Jedyna rozrywka w tych stronach… no może oprócz strzelania do znaków drogowych…

Jadąc motocyklem mogłem się jeszcze jakoś z ciężarówkami bawić. Ale co może zrobić rowerzysta?
Roff Smith w książce „Zimne piwo i krokodyle”, który przez osiem miesięcy okrążał na rowerze kontynent pisał, że czuł się przy drogowych pociągach jak Bambi przy Godzilli…
I jak sobie myślę – musi to być niesamowicie frustrujące dla bicyklisty, gdy wyprzedzam go, docieram na kemping, rozbijam namiot, zdążę pójść na piwo i wrócić, a on dopiero dojeżdża. Rano o siódmej już go nie ma, ja przeciągam wyjazd do dziewiątej, czekając aż słońce zagości na dobre na nieboskłonie. Wreszcie wyruszam i po kilku kilometrach doganiam nieboraka… Ale może to jest tak jak w starożytności – paradoks Zenona z Elei – Achilles żółwia nigdy nie przegoni…
Na kempingu zobaczyłem gościa na dziwnym, niskim, trzykołowym rowerze. Na imię miał Ian, był starszym, dziarskim mężczyzną, o siwiejącej brodzie i szczerym uśmiechu. W dwa miesiące miał zamiar pokonać dystans z Perth do Melbourne, czyli jakieś 3000 kilometrów. Przyleciał do stolicy Zachodniej Australii, odwiedził matkę i wyruszył w drogę powrotną, rowerem. Gdy go spotkałem, był już dziesiąty dzień na szlaku, pokonując około 100 kilometrów na dobę, nie słuchając nawet muzyki, ani żadnego radia.
Jak mówił, chciał się oderwać od zgiełku, przeżyć nowe, wewnętrzne, duchowe doświadczenie. To jego pierwsza tak długa podróż na rowerze.
Największym problemem była woda, Ian dźwigał 10 litrów, czyli dodatkowy ciężar do ciągnięcia dla jego nóg. – Teren falisty jest porządku, trochę popracujesz, a potem możesz odpocząć, jadąc z górki. – żalił się – Najgorsze są drogi płaskie, takie jak Nullarbor, wtedy pracujesz przez cały czas…
Ian prowadził dziennik, ale jak powiedział – Za bardzo nie mam co do niego wpisywać, nic się nie dzieje, pedałuję tylko… – Ale cóż – Musisz się cieszyć tym ile możesz, jeśli możesz… – zaśmiał się gorzko.
**
W kolejnej oazie zatrzymałem się przy wielkiej białej ciężarówce z czerwonym pasem po boku, dwoma kominami i chromowanymi, masywnymi ochronnymi rurami z przodu, do których przypięta była tabliczka z hasłem: Bez ciężarówek Australia się zatrzyma.
Gdy kierowca zobaczył mnie i Tišinę zaparkowaną obok, zakrzyknął z politowaniem:
- Jest przecież tyle przyjemniejszych sposobów podróżowania!
- Mi się taki podoba, czuję się wolny – odpowiedziałem z dumą.
- A z jaką prędkością możesz jechać najszybciej? – zaczął drążyć.
- 120 – skłamałem. Kierowca się skrzywił – Kup sobie lepiej harleya.
- Ale moja maszynka jest tania w eksploatacji! – powiedziałem, starając się bronić, choć wiedziałem, że brak mi argumentów – Ja wypełniam swój bak za 10 dolców. A ty za ile?
- 1500 – powiedział kierowca – tylko, że ja za to przejeżdżam 2500 kilometrów, a ty?
Ze spuszczoną głową bąknąłem – 200…

Road train pokonuje prawie dwa kilometry na jednym litrze, co jest chyba całkiem niezłym wynikiem, gdy ciągniesz za sobą 80 ton ładunku.
Kierowca miał na imię Tod, przechadzał się wzdłuż swojego pojazdu w czapeczce z logiem piwa VB i okularach przeciwsłonecznych. Jak się dowiedziałem, pracował 18 godzin dziennie, ale tylko przez 2 dni w tygodniu, wożąc warzywa.
Tod stwierdził, że łatwiej jeździ się tą wielką ciężarówką niż motocyklem, już nie mówiąc o samochodzie osobowym.
– A co z parkowaniem, zawracaniem, zatoczką i takim tam? – spytałem uszczypliwie.
- Gdy masz trzy przyczepy, możesz mieć problem, ale dwie to bułka z masłem.
- Ale czy to nie jest aby nudne, jechać tak 18 godzin prawie bez przerwy?
- Piekielnie! Jest jednak muzyka, trochę Slima Dusty no i rock`n`roll!
Zaproszony przez Toda wspiąłem się po kilku stopniach do kabiny. Rozejrzałem się – wielki okręg kierownicy przede mną, elegancja drewniana tapicerka, masa wskaźników, z tyłu łóżko i mały ekranik z odtwarzaczem DVD. Zasiadłem na wygodnym siedzeniu z purpurowym skórzanym obiciem, z takiej perspektywy rzeczywiście można poczuć się jak władca przestrzeni, który nie zważa na nic.
Ciężarówki są największymi drapieżnikami szos. Na parkingu, szczególnie o poranku można zobaczyć kierowców, którzy czyszczą swoje osłaniające przód samochodu kraty, z resztek rozjechanych kangurów. Gdy jakieś zwierzę wyskoczy na drogę, nie ma przecież nawet cienia szansy, że rozpędzony pociąg będzie chociaż próbował hamować.
Kangury nie mają najmniejszych szans w starciu z ciężarówką, ale to nie jedyne zagrożenie w tym rejonie. Oczywiście trzeba uważać na wielbłądy, ale można też natknąć się na krowę wałęsającą się bezpańsko po równinie. Widok tak dużego zwierzęcia uderzonego przez ciężarówkę nie jest czymś co łatwo zaciera się w pamięci. Widziałem raz martwe cielsko leżące z boku drogi, z wielką dziurą w brzuchu i miliardem much wokoło. Nie ma żartów.
Drapieżnikami nie są tylko ciężarówki. Czytałem kiedyś o biznesmenie, który dorobił się na handlu bydłem i chwalił się, że jest jedynym posiadaczem najnowszego mercedesa klasy E z ochronnymi kratami z przodu.
A jak chroni mnie Tišina?…
Suchy przestwór oceanu
Euforia wolności trwała krótko. Na początku jeszcze się rozglądałem, podziwiając krajobraz, taki spokojny, pusty, nieskażony, cieszyłem się każdym kilometrem. Ale ileż można? Krzaki, krzaki, kangur w oddali, krzaki, ciężarówka, krzaki, mruczenie silnika… Minęła godzina, dwie, cztery. Krzaki, krzaki…
Przejazd próbowała urozmaicić mi także pogoda. Na początku padało (choć to przecież najbardziej sucha część Australii, tylko 142 milimetry deszczu rocznie. Zdaje się więc, że miałem wątpliwe szczęście ujrzeć cały roczny opad…), a nie jest to przyjemne, tym bardziej, że nie było się gdzie wysuszyć, na szczęście potem w lusterkach pojawiło się słońce, a przede mną na całym niebie tęcza, jak brama. Piękna.

Było całkiem ruchliwie, samochód pojawiał się co 15-20 minut, ale na jakiś czas zniknęły zakręty… Przejechałem przez najdłuższy prosty odcinek w Australii – 146.6 kilometra bez zakrętu, łuku czy nawet zgięcia. Prosto… Innym razem droga poszerzała się i zmieniała w lądowisko dla samolotów serwisu Latających Lekarzy. To jedyna, a zarazem najszybsza metoda by doktor mógł dotrzeć w te strony. Pomyśleć, że w pewnym momencie samolot może przed tobą wylądować gdy spokojnie sobie jedziesz! (chociaż opowiadał mi jeden Szwajcar, gdy jadąc po pustyni w Newadzie 150 kilometrów na godzinę, nagle pojawił się koło niego policyjny helikopter, a po chwili przed nim wylądował – tylko po to, by oficer mógł mu powiedzieć, że za szybko jedzie…).
By całkiem nie zdziczeć, zatrzymywałem się w oazach, które pojawiały się niezbyt regularnie, ale zawsze co 100-180 kilometrów.
Wszystkie były podobne, zlały mi się w jedną całość. Kilka kilometrów przed stacją pojawiał się znak informujący o zajeździe, potem zza krzaków wyłaniały się kształty zaparkowanych ciężarówek i budynków. Życie tutaj toczyło się inaczej, wolniej, bez zbędnych konwenansów. Na jednym z postojów zobaczyłem zmasakrowany samochód kombi koloru rdzy, bez świateł, w środku miał podarte siedzenia, szyby były wybite, a w tylnych drzwiach prześwitywała dziura po kuli, jednak auto wciąż było na chodzie. Dziewczyna, która wcześniej skasowała pieniądze za moją benzynę, teraz podjechała nim pod dystrybutor i zaczęła tankować.
- Ale ktoś miał niezły wypadek… – powiedziałem.
– Jaki wypadek? – oburzyła się dziewczyna – To nasz samochód służbowy.
**
Wreszcie droga zbliżyła się do oceanu. Zatrzymałem się w malowniczej Eucli, ostatnim przystanku w Australii Zachodniej, maleńkiej osadzie gdzieś na wzgórzu, z którego widać wielką nizinę, a w oddali ocean. Kilkadziesiąt kilometrów za Euclą są wielkie, wysokie na 40 do 100 metrów klify. Tutaj ziemia zapada się do morza, a dalej jest już tylko Antarktyda.
Za pole namiotowe zapłaciłem jedyne 2 dolary, a pod prysznicem na monety, za kilka blaszek tak się wyszorowałem, że aż się cały świeciłem.
Eucla jest niewielką osadą, chociaż na standardy Nullarboru to prawie metropolia mająca własny posterunek policji, warsztat, maleńkie muzeum i bar z restauracją – miły lokal na kilka stolików. Wystąpiłem na piwo, okazało się, że jest tylko butelkowe, bo nikt tu przecież nie dowozi świeżych beczek. W środku panowała domowa atmosfera, barmanka była jednocześnie kelnerką, pomocą kuchenną i recepcjonistką, a przy barze siedziało tylko trzech starszych brodaczy, pijących piwo, każdy trzymając w garści stubbyholder czyli piankę, do której wkłada się butelkę czy puszkę piwa, by nie traciła zbawczego w tym klimacie chłodu. Stubby to mała butelka piwa, w Australii ma 375 ml. Jeśli ma się w zwyczaju pić w knajpie piwo butelkowe, do baru przychodzi się po prostu z własnym stubbyholderem.
Po chwili pojawił się też lokalny mechanik, z którym wcześniej rozmawiałem, gdy wyszedł usmarowany z warsztatu, teraz odstrojony jakby wybierał się gdzieś na przyjęcie (Ale gdzie? Do sąsiedniej osady? Na randkę?), ubrany w niebieską koszulę, krawat z królikiem Bugsem i płaszcz z dziurami. Wszedł sobie za bar i z lodówki wziął sześć butelek piwa, po czym zapisał to w zeszycie. Wszyscy się tu znają, nic się nie ukryje w małej osadzie z kilkoma domkami.
Patrząc na tych dziarskich staruszków ciągle zadawałem sobie pytanie – jakie to uczucie mieszkać 100-200 kilometrów od następnej osady, codziennie widzieć te same twarze, to samo miejsce? Zapytałem raz dziewczynę sprzedającą w jednym z roadhouse`ów, jak to jest żyć na takim odludziu? Na co ona z uśmiechem – Jest w porządku, mnóstwo ludzi tędy przejeżdża, nie czuję się tego. – Niby tak, ale nie przekonała mnie.
**
Monotonna okolica i muzyka country w uszach musiały pozostawić jakieś szramy w psychice. Trzeciego dnia zamarłem, gdy na drodze, przede mną zobaczyłem wielki jacht… jakby płynął przez busz.
Byłem kilkadziesiąt kilometrów od wody, a tu nagle niespodziewanie okręt…
-Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu?!? Kurwa, nie jest dobrze… chyba od tej przestrzeni mam jakieś zwidy… Zatrzymałem się by trochę ochłonąć. Gdy znów otworzyłem oczy, oczywiście łódź nie zniknęła, ale zobaczyłem, że jest zamontowana na platformie, ciągniętej przez ciężarówkę…

**
Smagany wiatrem, deszczem i słońcem dotarłem wreszcie do Ceduny. Opuszczałem pustkę. Tu zaczynała się cywilizacja, znów pojawiły się szkoły, nazwy ulic i chodniki. Wyjechałem z nicości. To koniec próby…
Jeszcze po drodze, w Nullarbor Roadhouse podszedł do mnie starszy człowiek, gdy jadłem bułkę i zapytał czy to ja jestem na motorze. Potwierdziłem, a on wyciągnął prawicę i uściskał mnie serdecznie. – Wspaniała podróż! Ja przejechałem Nullarbor 3 lata temu na motogucci.
- Rzeczywiście wspaniała. Ale moja yamaha to tylko 250 centymetrów sześciennych pojemności – znów pożaliłem się z poczuciem winy.
Gość trochę pobladł i uścisnął mi dłoń jeszcze raz, serdeczniej.
Bullshit terier
Krajobraz trochę się zmienił, byłem już w Australii Południowej. Zaraz za Euclą, minąłem granicę stanów. Przy drodze stała budka i zatrzymujący mnie człowiek w mundurze. Spytał czy wiozę ze sobą jakieś owoce i warzywa, no i niestety musiałem wyrzucić ogórka (już i tak nadgryzionego zębem czasu), bo nie można go przewieźć, ze względu na kwarantannę i strach przed muszką owocową. Szkoda jednak ogórka…

Rano pozbierałem się szybko, by dojechać do Portu Augusta, znaleźć jakiś lepszy kemping, gdzie nie będzie aż tylu robaków pod prysznicem, no i może wreszcie przydałoby się zrobić pranie.
Kawałek za miastem znalazłem odpowiednie miejsce. Właściciel objaśniał mi gdzie najlepiej postawić namiot – Tutaj nie radzę, tu jest pięć tysięcy mrówek na centymetr kwadratowy, tam pod drzewem są trzy tysiące, więc może tu, tylko tysiąc – po czym zaczął się rechotać.
Udałem się do pralni, i gdy już uporałem się z ubraniami, tradycyjnie rozłączyłem wszystkie maszyny, by dostać się do prądu, nakarmić komputer i aparaty.
Rozwiesiłem pranie, ale zerwał się wiatr i porozwiewał po całym polu moje skarpetki i majtki. Z pomocą przyszedł mi sąsiad, człowiek z brodą, o bardzo błękitnych oczach, w koszuli w kratkę, niebieskich szortach i klapkach, pojawił się z woreczkiem klamerek. Jak się okazało – był weteranem buszu, który zawodowo robił już wszystko: prowadził ciężarówki, strzygł owce, polował, łowił ryby, pracował w kopalniach. Przedstawił się jako Chris.
Po chwili pojawił się też jego pies, ale na mój widok uciekł. – To jest bull terier, chociaż trochę bojaźliwy, dlatego mówię na niego bullshit terier. – zaśmiał się.
Właśnie zacząłem przegrywanie zdjęć do komputera, pokazałem Chrisowi próbkę. Rozpoznawał, komentował i nazywał dla mnie wszystkie dzikie stworzenia jakie napotkałem: – To sleepy lizard (scynk krótkoogonowy, jaszczurka, która podobno nieźle potrafi ugryźć), golden orb weaver (pająk, przędzie tak mocną sieć, że można by z niej robić kamizelki kuloodporne), thorny devil (moloch kolczasty, jaszczurka z kłującymi kolcami na ogonie) – osłabłem, wszystkie te paskudztwa fotografowałem podchodząc do nich prawie głaszcząc…
Chris miał nieco zniszczoną twarz, ręce też, ale był niesamowicie pogodnym człowiekiem. Przypominał mi australijskich pionierów, o których czytałem. Po buszowych przygodach i wyzwaniach, od kiedy opuścił dom w wieku piętnastu lat, aż do dzisiejszej pięćdziesiątki, ciągle ma przed sobą następny cel. Teraz chciałby kupić ziemię, może motocykl i żyć spokojnie. Nie lubił zgiełku miasta.
Był już wszędzie w Australii, Nullarbor przekraczał ciężarówką z 1000 razy, jak mówił. Na dowód, bezbłędnie rozpoznawał wszystkie miejsca, które pokazywałem mu na swoich zdjęciach. – Ale w buszu czuję się najlepiej. – powiedział.
Opowiedziałem mu o moich wrażeniach, o przerażających dystansach, przestrzeni, na co Chris odrzekł spokojnie, że przecież outback jest tak naprawdę maleńki – Mimo obłędnie wielkich odległości, ludzi żyje tam niewielu – i wszyscy się znają.


