I znów Perth
Witamy panie Donaldzie

Przebijałem się przez północną część stanu, o której niewiele wiedziałem. Znając suche liczby na temat jej rozmiarów nie zdawałem sobie sprawy, że jest to w rzeczywistości przestrzeń, która przerasta wyobraźnię.
Pieniądze się kończyły, Tišina była w coraz gorszym stanie, wcale nie było jeszcze tak blisko, a już na pewno nie mogłem powiedzieć, że uda się dojechać w stanie nienaruszonym.
Teraz przynajmniej pojawiły się wzniesienia, jechałem przez rejony zwane Kimberley, były surowe skały, ale też trochę zieleni i pofałdowany teren. Gdy budziłem się rano w trawach i buszu, motor oblepiony był jakimiś gąsienicami, wspinającymi się po bieżniku opony, niewiadomo po co. Przy drodze pojawiały się też baobaby, wielkie opasłe pnie, które są puste w środku i przejeżdżający turyści mogą sobie w nich swobodnie sikać.
Od opuszczenia Darwin, nie widziałem oceanu i zacząłem już trochę za nim tęsknić, nie mówiąc o tym, że robiąc kółko wzdłuż australijskiego wybrzeża w wodzie kąpałem się tylko raz i to jeszcze miotany przez fale na chybotliwej surfingowej desce. Chciałem odmiany, chciałem znów dotrzeć do oceanu i może trochę się uspokoić widząc jego błękit.
Pierwsza szansa pojawiła się gdy droga zbliżyła się do Derby na północy. Odbiłem więc od głównej drogi i po kilku kilometrach dotarłem do małej mieścinki nad wodą. Myślałem, że uda się wykąpać, ale przeżyłem rozczarowanie, bo nie było tu dostępnej plaży, a w porcie do oceanu prowadził tylko muł, gęsty i brązowy, w którym brodziłem po kolana. Tak to ja się na pewno nie wyszoruję z kurzu… Nie mogłem się przebić przez ten szlam, a do tego tablice ostrzegały przed słonowodnymi krokodylami. Może i abstrakcja, ale dziękuję, jadę dalej.

Ruszyłem w poszukiwaniu kolejnej szansy, docierając wreszcie do malowniczego miasteczka Broome. Już dawno słyszałem o jego pięknych, szerokich plażach, żółtym piasku i ciepłej błękitnej wodzie. Cieszyłem się jak dziecko, wbijając się w kąpielówki, nareszcie trochę pluskania! Biegłem w stronę wody, kolana myślę, że były już gotowe na przyjęcie trochę soli, nic nie mogło mnie powstrzymać. Ale czy na pewno?
Zbliżałem się do wody, już widziałem jej błękit i w tym momencie przejechał obok mnie na swoim czterokołowcu ratownik z megafonem. Podniósł tubę do ust i zaczął krzyczeć, że zamyka plaże, po czym wbił w piasek, kilka metrów ode mnie, znak z przekreślonym pływakiem i napisem no swimming.
Czego ten facet chce, do cholery? Pogoda jest niezła, choć może już po sezonie, woda z pewnością jest przyjemna. O co chodzi?
Zobaczyłem grupkę ludzi idącą w stronę ratownika, z zamiarem nawrzucania mu trochę, ale on pokazał tylko słoiczek z jakąś przezroczystą meduzą w środku, mówiąc, że właśnie pojawiła się w pobliżu ławica tego paskudztwa zwanego tu box-jellyfish, a po polsku osą morską.
Jak wyjaśniał – Jest to meduza, która może osiągnąć wielkość piłki do kosza, ma całą armię czułków dochodzących do trzech metrów długości. Ukąszenie może skończyć się zejściem śmiertelnym porażonego delikwenta już po czterech minutach. Trucizna atakuje jednocześnie układ nerwowy, serce i skórę. Jest to jedno z bardziej zabójczych stworzeń na naszej planecie…
Zasiadłem więc na brzegu, rozczarowany po raz drugi. Pięknie, za chwilę znów mam wjechać w pustkę i nawet sobie nie poszaleję w wodzie. Jakieś krokodyle, meduzy, co to ma być?! Co za kraj dziki, człowiek nie może się w spokoju rozkoszować urokami natury…
**
Szukając kolejnej okazji do zanurzenia się w oceanicznej toni, wjechałem w to czego obawiałem się najbardziej – kolejnej dziczy. Znów znalazłem się w krajobrazowej pustce z setkami kilometrów rzadkich traw, z niewielką ilością krzaków, ale za to z masą piasku i czerwonej ziemi. Przede mną ostatnie dwa tysiące kilometrów, ale przez ten pierwszy kilkuset kilometrowy odcinek, wszystko co po drodze mogłem zobaczyć to skaczące w oddali kangury, mijające mnie ciężarówki czy samochody z przyczepami kempingowymi. Potem zamieniało się to w wielką płaskość pastwisk, gdzie bydło biegało po ulicy, albo w niewielkie górki, z rzadka porośnięte trawą i drzewkami. Dwa, trzy dni, ciągle to samo. Pojawiały się strumyki, z reguły wyschnięte, wielką radością było wreszcie zatrzymać się nad rzeką, zamoczyć ręce i twarz, pospacerować brzegiem, przy akompaniamencie rozwrzeszczanych papug. Słońce przygrzewało w dzień, w nocy natomiast robiło się już paskudnie zimno. Myśli się kotłowały, przyspieszałem coraz bardziej, nie wiedząc już co się ze mną dzieje. Czasem zamykałem oczy i jechałem kilkanaście metrów nie patrząc na drogę. Organizm domagał się zmiany, szaleństwa, adrenaliny. Wokół nie zmieniało się nic. Rozpędzałem się więc i puszczałem kierownicę, balansując tylko ciałem, nie zastanawiałem się co robię. Nie wiedziałem.

Jadąc tą monotonną drogą, postanowiłem zboczyć w jeszcze większe bezdroża, zjechać z głównego szlaku. Znalazłem ścieżkę ze strzałką i znakiem informującym, że są stąd 23 kilometry do plaży. Zdecydowałem się spróbować, choć już po kilkuset metrach okazało się, że droga jest jednak piaskową, pomarańczową wydmą. Silnik przygasał, wył niesamowicie, próbując lawirować po tym miękkim podłożu, wywróciłem się dwa razy, mój bagaż nie był właściwie przymocowany, trochę się pozdzierałem. Musiałem się poddać i zawrócić… Piasek zwyciężył, w baku zrobił się wir, ubyło niespodziewanie dużo benzyny, wpadłem w panikę, bo nie byłem pewny czy teraz dojadę do następnej stacji benzynowej. Odcinek z Broome był najdłuższy w całej tej podróży – 320 kilometrów bez benzyny… Nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa zacząłem się bawić w takie szaleństwa.
Nie dawałem jednak za wygraną, jadąc przez monotonię, musiałem zobaczyć ocean, dla równowagi. Znalazłem kolejny zjazd, tym razem było to już tylko 9 kilometrów po drodze z pomarańczowego piasku, lepiej ubitego. Walczyłem z tym dystansem kilka godzin, wyjąca maszyna gasła, koła brnęły z mozołem przez koleiny i sypkie podłoże, ale wreszcie wjechałem na wydmę i dostrzegłem w oddali ocean. Postawiłem motor obok kilku zaparkowanych tu terenowych samochodów i poszedłem po piasku w stronę wody. Chciałem się wykąpać, ale zdziwiło mnie że, choć jest kilku plażowiczów, nikt nie pływa… Po chwili wszystko stało się jasne. Ludzie przybywali tu by łowić z brzegu ryby, zatrzymałem się przy jednym z nich i obserwowałem zmagania z wędką, która była mocno wygięta, gruba żyłka naprężona do granic, człowiek stopami coraz głębiej wbijał się w piasek, a na skroni pojawiało się coraz więcej wielkich kropel potu. Obserwowałem go przez piętnaście minut, widząc walkę o wyciągnięcie na brzeg zdobyczy. Facet ciężko pojękiwał, wokół zebrało się kilka osób czekając, by zobaczyć co też mu się przytrafiło. Kołowrotek był w ruchu, żyłka zwijała się powoli, zdobycz przybliżała się do brzegu, ciągle jeszcze nie dając za wygraną. Wreszcie fala wyrzuciła ją na brzeg – w białej pianie zobaczyliśmy sterczące płetwy niewielkiego rekina… miał może z metr dwadzieścia długości, już widzieliśmy go na piasku, kiedy wreszcie, rzucił się ostatnim zrywem energii, zerwał żyłkę i uciekł w niebieską otchłań.

No to sobie popływałem. Pieprzę ten wasz ocean!
A swoją drogą szkoda, że się wyrwał, bo mógł kryć w swym żołądku jakieś ciekawostki, tak jak ten złowiony w okolicach Sydney. Działo się to dość dawno, w roku 1935, ale opowieść ciągle ma swoją moc przerażania. Otóż rybak wyłowił rekina, oplątał siecią i zabrał ze sobą, by wrzucić do dużego akwarium i pokazywać ludziom. Kilka dni później ryba wypluła, w tymże akwarium, ludzką rękę… rękę z tatuażem przedstawiającym dwóch bokserów…
Po identyfikacji obrazka i odcisków palców ustalono, że kończyna należała do Jamesa Smitha, amatorskiego boksera, członka podziemnego światka, który zaginął bez wieści. Śledztwo ruszyło z miejsca, wykazało, że bokser był torturowany na jakiejś łodzi, a potem jego ciałem nakarmiono rekiny.
Niestety nie udało się znaleźć sprawcy, choć głównym podejrzanym był znajomy boksera. Wyszedł jednak z sądu jako wolny człowiek. Dzień wcześniej świadka, który miał przeciwko niemu zeznawać znaleziono martwego w opuszczonych dokach portowej dzielnicy.
A mówią, że nie ma zbrodni doskonałej…
I jeszcze więcej raf

Robiło się coraz mroczniej. Docierałem wreszcie do miasteczek, choć uciekałem z Port Hedland, bo było to bardzo przygnębiające miejsce, pełne fabryk, metalowej maszynerii wydobywczej. Trafiłem do Dampier, ale ono też jakoś szczególnie nie zachęcało, suche skały, kamienie, rozłożyłem namiot w zatoce, ale obok stała jakaś fabryka.
W nocy długo nie mogłem zasnąć.
Niepewność następnego dnia i następnego kilometra nadawała wcześniej temu całemu przedsięwzięciu nutkę ekscytacji. Nie wiedziałem czy w ogóle uda mi się wyjechać, czy przekroczę Nullarbor, dotrę do Sydney, czy po wypadku pojadę dalej, potem nie miałem pewności czy opona się nie przetrze przed Darwin itd. Wieczna obawa, permanentne napięcie, ciągła walka. Ale teraz im było bliżej końca, tym bardziej się stresowałem.
Byłem tym zmęczony i wciąż nie miałem pewności czy się uda, choć to już prawie ostatnia prosta, 800 kilometrów. Nigdy nie wiesz.
**
Za Karrathą zatrzymałem się przy zniszczonym moście, chciałem go sfotografować, wyglądał dosyć upiornie, niewiele z niego zostało po powodzi. Teraz woda wyschła, mieliśmy porę suchą, rzeka była tylko wąskim strumieniem, a nad nią rozpościerał się szkielet zniszczonego mostu.
Okazało się, że choć rzeka jest już strumieniem nadal może być pechowa. Tišinę postawiłem jakoś niefortunnie na piasku, zachwiała się i z wielkim chrzęstem padła. Pojawiły się kolejne zadrapania, błotnik się wgiął, a benzyna zaczęła ciurkiem wyciekać z baku. To nie było najgorsze. Złamała się też rączka od sprzęgła, aluminiowe gówno.
Niby można jechać dalej z taką usterką, biegi zmieniać jak na wyścigach, nie używając sprzęgła (uczył mnie tego Bartek w Sydney – bieg w górę, dodać gazu, w dół, odjąć – albo odwrotnie, nie pamiętam, a jedna pomyłka to wielki chrupot i idziemy dalej na piechotę), na dłuższą metę nie miało to jednak sensu. Naciągałem linkę ręką, za każdym razem jak zmieniałem bieg, ale trzeba było do tego siły, nasmarowana linka ślizgała się w palcach, nie zawsze się udawało, skrzynia zgrzytała. Szczególnie trudne to było przy zwalnianiu, silnik dusił się i gasł. Postanowiłem wrócić do Karrathy i niestety utknąłem. Jedyny motocyklowy mechanik w promieniu co najmniej 200 kilometrów, nie miał tego co było mi potrzebne, mógł tylko zamówić przez kuriera. Czekały mnie więc dwa dni w sennym miasteczku, nie mając już grosza przy duszy.
Szukałem miejsca na nocleg, motor wył i przerywał, z wielkim trudem naciągałem sprzęgło. Kawałek za miastem zobaczyłem mostek nad wyschniętym strumykiem. Zbadałem czy rzeczywiście strumień jest wyschnięty i nic mnie nie wciągnie. Był suchy jak wiór, zdecydowałem zjechać ostrożnie po wale. Nie mogąc się zatrzymać, władowałem się w jakieś kamienie, silnik zająknął się i zgasł. Teraz dopiero zobaczyłem, że miejsce nie nadawało się na nocleg, wszędzie pełzało pełno mrówek. Szukałem dalej, zostawiłem bagaż i samym motorem, próbowałem wybrnąć z ostrych kamieni. Spojrzałem na oponę, bieżnik był już gładki, okazało się, że kupiłem jakąś mocno przechodzoną… Porobiły się na niej rozstępy, modliłem się żeby nie była przebita, nie chciałem rano zobaczyć kapcia. Robiąc wszelkie akrobacje w korycie rzeki, maszyna wyrywała się, ręką zaciągałem sprzęgło, nie mogłem skoordynować ruchów. Silnik warczał i wył, na jedynce, maszyna ciągnęła mnie przez kamienie, nie mogłem wybrać trasy, ładowałem się na ślepo między kamienie, wjechałem w krzaki i już tak zostałem.
**
Karratha, jak mówi nazwa aborygeńska oznacza „dobry kraj”, ale mi nie było tak dobrze. Wreszcie naprawiliśmy sprzęgło, i gdy już myślałem, że popędzę dalej Tišina zaczęła tracić moc… dodawałem gazu, a ona nie reagowała. Rozpędzała się z wielką trudności, a z rur wydechowych zaczął się wydobywać gęsty i szary dym… Znów nie wyściubiliśmy nosa daleko poza Karrathę.
Nie mogłem jeździć w nocy, pozostało pole namiotowe, już nie chciałem chować się w rowach. W karcie meldunkowej wpisałem swoje imię i nazwisko: Kaczor Donald, więc miła recepcjonistka powitała mnie serdecznie mówiąc – Welcome mister Donald! (dobrze, że się nie wpisałem Grzegorz Brzęczyszczykiewicz, Chrząszczyżeboszyce powiat Łękołody, bo nie wiem czy by tak miło z uśmiechem mnie powitała). Ale swoją drogą – wszystko mógłbym napisać, dokumentów nikt nie sprawdza, liczy się dolar.
**
Wreszcie ruszyłem dalej, choć znów pchałem się na rafy…

Rafa Ningaloo, jak twierdzą niektórzy jest wspanialsza niż ta Wielka Koralowa. Choć tak daleko od czegokolwiek, gdy się już tu dotrze, jest bardziej dostępna. Kilkanaście metrów od brzegu, w Coral Bay zaczynają się ciekawe rzeczy – ławice różnobarwnych i kształtnych ryb, delfiny, korale. Niewielu tu dociera turystów, w porównaniu ze Wschodem. Panuje cisza i spokój, a przespać można się na wydmach. Oczywiście chciano zburzyć ten ład natury i porządek. Kilka miesięcy temu bardzo było o tym głośno – pojawił się inwestor, z ambitnym planem budowy wielkiego ośrodka turystycznego. Rząd Australii Zachodniej długo się wahał, wreszcie jednak odrzucił ofertę, i dobrze!
Oszczędzając pieniądze, o jednym batoniku na śniadanie, pojechałem jednak na wydmy. Oczywiście znów silnik się gotował, znów się wywaliłem, przez źle przymocowany plecak. Ale chciałem nurkować! Zainwestowałem nawet sprzęt, co prawda niezbyt profesjonalny, właściwie na miarę mojego budżetu, bo były to tylko okulary dla dzieci za 2 dolary 10 centów… Wstydziłem się jakbym prezerwatywy kupował… Cóż, oszczędności…
Ale mogłem pływać i podziwiać podwodny świat. Rafa koralowa! Rybki kolorowe! Gdzie jest Nemo?
Po stromym zboczu, porośniętym tylko niską trawą zszedłem na wąską plażę. Założyłem okulary i rzuciłem się na fale, woda nie była już zbyt ciepła, ale szybko się przyzwyczaiłem. Nurkowałem, wstrzymując powietrze, krople wody wlewały się przez moje nieszczelne okulary, i rozmywały obraz szarawych koralowców, które rozpościerały się pode mną. Dlaczego one nie są kolorowe i bajeczne, jak je sobie wyobrażałem? Jednak widok piaszczystych wydm, lekko porośniętych zielenią, zderzających się z delikatnym błękitem oceanu podziałały na mnie kojąco. Nie miałem profesjonalnego sprzętu, ale to nie było ważne, leżałem na plaży wygrzewając kości, widząc w oddali goniącego w oddali ryby delfina.

**
Noce były już coraz bardziej chłodne (nawet do 5 stopni), nie wystarczało ubrań, pieniądze miałem już tylko wyliczone na benzynę, silnik przerywał, a przez spanie po krzakach zdziczałem już do końca (właśnie gdy to pisałem w namiocie, gdzieś kawałek od drogi, usłyszałem kroki, serce mocniej zastukało, wyglądnąłem na zewnątrz – przy zachodzącym słońcu, obok mnie przechodził emu, nic sobie z mej obecności nie robiąc)..
Nie bardzo chciało mi się wracać, ale cóż, nic nie może wiecznie trwać. Ostatnia prosta.
Wio koniku, a jak się postarasz na kolację zajedziemy akurat…
Minąłem miejsce gdzie już kiedyś dotarłem. Księżycowe widoki, Pinnacles Desert, gdzie tysiące wapieni wystających z piasku tworzy widok niezwykły. W wynajętym srebrnym samochodzie, przy księżycowej muzyce w potężnych głośnikach, przemierzaliśmy, na początku mej australijskiej przygody, te dwieście czy trzysta kilometrów wzdłuż oceanicznego wybrzeża.
Wtedy nic jeszcze o Australii nie wiedziałem. Po raz pierwszy wyrwaliśmy się wreszcie z miasta i zobaczyliśmy ten zupełnie inny świat. Zielone pastwiska pełne owiec, pustkowia i uciekające przed nami kangury i emu, które krzykiem radości zmuszaliśmy, choć nieświadomie, do ucieczki… Nie wiedziałem, że będzie mi dane zamknąć kontynent kółkiem.

Jak z klatki wypuszczeni chłonęliśmy. Podekscytowani śpiewając w niebogłosy gdzieś pośrodku niczego, w głuszy wielkiej. Oj!
Oj! Jak Ocean wydał mi się wtedy piękny, choć krzyki się wzniosły – Hej, hej, hej. Uważaj! Uważaj tu mogą być promile! Uważaj! Skażone może być!
Lecz co to?
Emu! Patrz, emu! Jak on żyje to znaczy, że my też możemy! Emu, emuś! Ściągaj tę pilotkę!
**
A teraz już, ciągle motocyklem, wjechałem do Geraldton i wyjąłem z portfela ostatnie 5 dolarów. Do końca zostało jakieś 300 kilometrów. Kasę podzieliłem sprawiedliwie między siebie a Tišinę – tankując za trzy dolary, resztę przeznaczając na przecenione bułki z rodzynkami.
Do Perth wjechałem na rezerwie, głodny i zmęczony, ale wyprostowany jakby na baczność, z uniesioną przyłbicą.
Veni, Vidi, Motocyklus Vicit
Po 17 tysiącach kilometrów Tišina była w opłakanym stanie. Ktoś mógłby pomyśleć, że jeżeli tak wyglądałaby wybranka mojego serca po przejażdżce ze mną, to nie dziwi fakt, że żadna nie chciała się dosiąść… Tišina, choć była tylko maszyną, miała wielki charakter i nic bez jej przyzwolenia się nie odbyło. Choć czasem dawała znać, że to czy tamto jej się nie podoba, to wierzę, że w głębi była niesamowicie szczęśliwa, że ma teraz do opowiedzenia historię.

Mimo wszystko patrząc na wgnieciony i wyblakły od słońca przedni błotnik i wymalowanego kangura, z którego teraz farba odklejała się płatami, ścisnęło mnie za gardło. Tišina mówiła o swych przejściach piszczącą tarczą hamulca i przerywającym, pełnym zacieków silnikiem.
Jej teleskopy były nadwyrężone, nie działał licznik kilometrów, ani prędkościomierz. Gwint lusterka był złamany, od spodu poprzez rury wdzierała się rdza. Rączki kierownicy były potargane. Patrzyłem na nieoryginalną lampę, zamontowaną na domowej roboty konstrukcji i bezpieczniki owinięte taśmą klejącą. Widziałem niedziałające kontrolki świateł i kierunkowskazów, które z resztą były całe porysowane i powyginane. Bak miał głębokie rysy i masę zadrapań, boczna plastikowa osłona wisiała na taśmie klejącej.
Śruba przytrzymująca osłonę filtra oleju była w środku złamana. Tylna opona nie miała już bieżnika, nóżka skrzypiała. Łańcuch był kompletnie poluzowany i zapiaszczony, a zębatki starte. Rury wydechowe zabrudziły się dymem, tylny błotnik powyginany i obijany, urwał się uchwyt na kask i światełko odblaskowe. Pęknięta tylna lampa niemrawo oświetlała złamaną tablicę rejestracyjną, trzymającą się na sznurkach…
W ten właśnie sposób, ten „niemęski” motocykl objechał Australię, robiąc 17 tysięcy kilometrów…
Zwyciężyliśmy, choć dla Tišiny okazało się to zwycięstwem pyrrusowym… Nie miałem wyboru … Chwila podniosła, więc ułożył mi się wiersz:
Nie wytrzymałem, odwróciłem się za siebie
Widziałem jak prowadził ją do swego ciemnego garażu
Rzeźnik imieniem Russell.
Wśród szkieletów ją wiódł na zatracenie
Motocyklowych.
Z krwawiącym sercem oddałem Tišinę… Miałem nadzieję, że komuś przyda się jeszcze jej wielki charakter, zmęczony silnik, ktoś odkręci lusterko, weźmie klakson albo akumulator czy lampę…
Chociaż najbardziej chciałbym żeby znalazł się ktoś, kto weźmie ją całą, taką jaka jest i odważy się zabrać w podróż, wiedząc o jej słabościach, ale pragnąc walczyć ze swoimi…
**
W podziemiach Oak&Ivy wzniosłem do góry szklaneczkę VB.

Objechać Australię jest łatwiej niż znaleźć tę jedną jedyną…
Postanowiłem jednak próbować dalej, bo już samo szukanie sprawiło, że dowiedziałem się wiele: nabrałem pewności siebie, chciałem podróżować i wiedziałem, że wszystko jest możliwe. Wiedziałem, że po tej przygodzie mogłem już więcej – i jeśli na przykład chciałem żeby po jesieni była nie zima, a lato, to ono będzie!
Wystarczy przecież zmienić kontynent. No worries.


