Darwin
Skośnooki Darwin

Zatrzymałem się w przydrożnym zajeździe, gdzie przy jajkach, toście i kubku kawy, oglądałem w telewizji ministra spraw zagranicznych, który wynurzał się w sprawie Iraku. Zaraz potem na ekranie pojawiły się obrazki z Polski i wielka radość z przystąpienia do Unii Europejskiej. To już maj! Po setkach kilometrów pustkowia wróciłem na łono komunikacji, wreszcie pojawił się zasięg sieci komórkowej, dostałem kilka smsów z pozdrowieniami z Unii. Wyglądało na to, że wyjechałem z Polski, a wrócić przyjdzie mi już do Europy zjednoczonej.
Zadzwoniła też do mnie Magda z Melbourne i od razu, wesoło oznajmiła, że rzuciła pracę, i podobno to był mój wpływ… – Trzeba robić to co się lubi, tak mnie natchnąłeś.- Powiedziała. Przełknąłem ciężko ślinę.
Wlokłem się niesamowicie drżąc przez cały czas o oponę. Spotkany po drodze motocyklista wyjaśnił, że najlepiej będzie dotrzeć do Darwin, mają tam specjalistyczne sklepy, gdzie mógłbym zaopatrzyć się we wszystko czego mi było trzeba. Po drodze minąłem już inne miejsca, w Katharine podjechałem nawet pod sklep z motocyklami, ale był weekend i nikt nie martwił się o to by otworzyć. Pozostawało mi więc kilkaset kilometrów w żółwim tempie z duszą na ramieniu.
Wreszcie wtoczyłem się na rogatki Darwin. Zrobiło się niesamowicie wilgotno i gorąco, ale ja, nie wiedzieć czemu, dalej chodziłem w kurtce skórzanej. – Trochę zimno na zewnątrz, nie? – ironicznie przywitał mnie jakiś facet przy barze gdzie przyszedłem się ochłodzić. Cóż miałem jednak z odzieniem zrobić?
Ruszyłem w miasto i już po chwili byłem cały mokry. Powietrze stało się gęste, jakby bardziej materialne, gorące i ciężkie. Co chwilę siadałem zmęczony.
Klimat był jaki był, choć przecież zaczęła się pora sucha (w porze mokrej jest jeszcze bardziej wilgotno, leje i są cyklony. W Darwin są tylko dwie pory roku). Panuje tu klimat tropikalny ze wszelkimi tego konsekwencjami: 26 grudnia 1974 roku olbrzymi tytuł w gazecie The Courier Mail głosił „Darwin w ruinach”.

Cyklon Tracy uderzył. Wiatr wiał 220 kilometrów na godzinę, pochłaniając 71 ofiar śmiertelnych i zmiatając lub poważnie uszkadzając 90 procent wszystkich domów! W jedną noc. W świąteczny poranek w Darwin zostało 30 tysięcy bezdomnych.
**
Azja puka do drzwi Australii, ale pukają też inne kontynenty. Choć Darwin jest niewielkim miejscem, jego mieszkańcy mówią osiemdziesięcioma językami i dialektami. Jest jednym z najróżnorodniejszych kulturowo miast Australii.
Spacerując ulicami oglądałem szyldy włoskich, chińskich, wietnamskich i greckich restauracji. Myślałem o wszystkich przyjezdnych, którzy przecież budują ten kraj.
W ciągu jednego pokolenia Australia zmieniła się z białej, tej niezbyt tolerancyjnej, second-hand English – jak pisze John Pilger w książce „A secret country” – w miejsce gdzie są uchodźcy ze 100 krajów. I stało się to pokojowo.
Powrót do Edenu

Wciąż jeszcze kręciłem się po północy, gdzie krokodyle rzucają się na ludzi. Słynny na cały świat, filmowy pogromca bestii, twardziel o nazwisku Dundee, pochodził właśnie stąd. Tu bohaterka serialu „Powrót do Edenu” miała spotkanie z zębami potwora (ranna, wyrwała się jednak, potem przeszła operację plastyczną, mogła powrócić z nową twarzą i zemścić się na mężu, który skierował ją niecnie w paszczę bestii, ha! Takie problemy mają ludzie w Australii). Jasne, że to fikcja, że bzdura, ale przecież krokodyle na północy Australii żyją, a na każde doniesienie o ich ataku przechodzą ciarki. Przeczytałem kilka relacji z takich wypadków – a to człowiek łowił ryby, wypadł z łódki i nieszczęście gotowe, a to poszedł się kąpać tam gdzie nie powinien…
Nie można winić zwierzęcia, które broni swego terytorium, gniazda albo siebie. Krokodyle rzucają się na ludzi, bo to ludzie są nierozsądni. Śmiertelne wypadki oczywiście się zdarzają. W sumie jednak nie ma w Australii wielu wypadków. Tych śmiertelnych zdarzyło się około dwunastu w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Ale jednak.

Gdy przejeżdżałem przez wąski most na rzece Adelaide, mało nie udławiłem się własną śliną – w mętnej wodzie pływają krokodyle! Po raz pierwszy zobaczyłem je żyjące na dziko, nie w klatce. Zatrzymałem motor za mostem i z niepokojem wróciłem do miejsca skąd wypatrzyłem pływające gady. Rzeka była szeroka, woda koloru błotnistego, ale gdzieniegdzie wystawały z niej chropowate czarne, podłużne kłody. Krokodyle. Jeden z nich zbliżał się do mostu, sunąc przez jasnobrązową wodę, powoli poruszając ogonem. Nachyliłem się nad krawędzią mostu, by przyjrzeć mu się bliżej, jeśli teraz potknąłbym się i przechylił przez i tak niewielką barierkę, prawdopodobnie pozostałyby po mnie strzępy. Krokodyl przepłynął pod mostem nie zwracając na szczęście na mnie uwagi, przebiegłem na drugą stronę ulicy i obserwowałem go jak wypłynął i oddalał się w stronę pływającej po rzecze łódki pełnej ludzi.
Tutaj krokodyle są turystyczną atrakcją. Gady zaczęły zbierać się tłumnie, bo oto podpłynęła łódeczka wypełniona wycieczkowiczami. Przewodnik coś mówił, po wodzie niosło się echo, po czym wystawił przez burtę na kiju ze sznurkiem sztukę mięsa. Bestie rzucały się na nią od razu, wyskakując ponad powierzchnię wody imponująco wysoko, wzbudzając zachwyt i przerażenie turystów.
Taki rejs po rzecze pełnej krokodyli i kuszenie losu kosztowało 25 dolarów, chyba nie dałbym się namówić, nachylając się coraz bardziej podziwiałem show z mostu.
**
Wyrwałem się z tymi żarłocznymi zwierzętami na przód rozdziału, chcąc opowiedzieć o Edenie, jakby będąc tu bliżej natury, choć może ze szczękami krokodyla lepiej blisko nie być. W Darwin kupiłem sobie jeszcze na urodzinowy prezent oponę i zmieniłem olej (jakże praktycznie i rozsądnie…) i ruszyłem dalej.
Mijając rzekę Adelaide i pływające w niej krokodyle wjechałem do Kakadu, największego parku narodowego w Australii. Zaniepokoiłem się, gdy przywitały mnie gęste chmury dymu na drodze, drzewa i trawa tliły się małym ogniem, ale strażnik przy wjeździe uspokoił mnie mówiąc, że to nic groźnego, a wypalanie prowadzone jest planowo.

By znaleźć się jeszcze bliżej natury postanowiłem zboczyć z głównych szlaków i przebić się 12 kilometrów polną drogą do jakiegoś dzikiego kempingu nad rzeka. Dlaczego nie? Miałem nową oponę, resory jakoś się jeszcze trzymały. Nie wahałem się długo.
Wjechałem na drogę pomiędzy nieznanymi mi drzewami, gęstymi liśćmi palm i traw. W powietrzu unosił się zapach egzotycznego lasu, wdychając go, jechałem ostrożnie, docierając do strumienia leniwie i niespodziewanie płynącego w poprzek drogi. To chyba jeszcze widoczne skutki pory deszczowej, woda wzbierała, musiałem zdecydować się na atak. Ściągnąłem buty, przeniosłem najpierw bagaż, brodząc w strumieniu i badając dno. Wróciłem do maszyny, wbiłem jedynkę i spokojnie, przy krawędzi drogi udało mi się przejechać. Zadowolony popędziłem dalej po brązowej drodze wśród lasu, między kolorowymi i skrzeczącymi papugami, ale wkrótce pojawiła się kolejna woda… Znów ta sama procedura, badanie dna, nie chciałem by zamoczyły mi się rury wydechowe, Tišina miała bardzo niskie zawieszenie, mogłem też z łatwością zahaczyć o kamienie i uszkodzić silnik. Udało się przejechać, tylko że już po chwili stałem przed następnym strumieniem… Tym razem było zbyt głęboko, ostre kamienie wystawały z dna, chyba nie chciałem ryzykować zamoczenia silnika czy przebicia opony. Stałem przed strumieniem, który rozlewał się coraz bardziej na drogę i gryzłem się co zrobić? Po chwili zza drzew, z naprzeciwka wyłonił się samochód terenowy, a w nim strażnik. Podjechał powoli, przedarł się przez płynący strumień, a widząc mnie ciągle się uśmiechał.
Przystanął i wychylił przez otwartą szybę. Powiedziałem, że trochę się boję jechać dalej i chyba zawrócę, bo mój motor niestety nie jest terenowy.
- Ale teraz już jest! – wykrzyknął młody strażnik. – Nie martw się, najgorsze już za tobą.
Przedmioty są przecież tym czym chcemy żeby były (choć nie mówię że Tišina jest przedmiotem). Nie ma rzeczy niemożliwych, wystarczy tylko spojrzeć na sytuację z innego kąta. Zbadałem strumień jeszcze raz, podsypałem trochę płaskich kamieni, usunąłem te ostre i udało się bezpiecznie przejechać!

Znalazłem się na niewielkiej polanie pomiędzy drzewami, zza których widziałem spokojnie płynącą rzekę, chociaż zdaje się, że poziom wody był podniesiony, bo niektóre rośliny i drzewa miały w niej zanurzone korzenie i pnie.
Na miejscu, na polanie stał już terenowy samochód z łódka motorową na przyczepie. Wokół niego kręciła się para starszych ludzi, kobieta i mężczyzna przygotowywali się do wodowania.
Zapytałem czy można w tej rzece spotkać krokodyle – Oczywiście, że tak – zabrzmiała odpowiedź. Jak się dowiedziałem z rozmowy, Liam i Sylvia mieszkali w Darwin, teraz przygotowywali się do małego zwiadu, a nazajutrz mieli tu łowić ryby.
Facet był dosyć poważny, nosił długa kozią bródkę, chodził w klapkach i podkoszulku (z logiem jakiego produktu, kto zgadnie? VB oczywiście!). Jak się dowiedziałem – wcześniej pracował w kopalniach, teraz w jakimś młynie, w systemie tydzień na tydzień (czyli 7 dni pracy, 7 wolnego). Sylvia zajmowała się domem i jak twierdziła – oboje uwielbiali wyprawy w busz i łowienie ryb.
Trochę gawędziliśmy przy ognisku, aż wreszcie spakowaliśmy przenośną lodówkę, kilka wędek, pomogłem im zwodować motorówkę, za co w rewanżu zabrali mnie na przejażdżkę, w górę i dół rzeki. No to jazda!
Ruszyliśmy powoli, rzeka była szeroka, a przy brzegach gałęzie drzew i krzaki wpadały wprost do wody. Z wypiekami na twarzy szukałem wśród nich wygrzewających się krokodyli.
Zatrzymaliśmy się pośrodku rzeki, Liam wyłączył silnik i zaczął sobie skręcać papierosa. Sylvia sięgnęła do lodówki, podała mu butelkę piwa, sama natomiast złapała za wędkę i zarzuciła haczyk.
Ja ciągle się rozglądałem, ale nie mogłem wypatrzeć ani jednego krokodyla… o tej popołudniowej porze miały wychodzić na brzeg. Niestety, było za gorąco.
Chociaż chciałem jeszcze raz je zobaczyć, krokodyle gdzieś się pochowały (- Jeśli krokodyli nie ma, pewnie zjadły je rekiny – mówi się czasami tu na północy, gdzie żarłocznych zwierząt czai się mnóstwo), mogłem za to spać spokojnie, w namiocie 100 metrów od wody… chociaż nigdy nic nie wiadomo.
**
Okazało się, że nie musi być gada żeby było krwawo. Przez noc straciłem pół litra krwi wysączonej przez komary i cały byłem w bąblach. Drapałem się i jeszcze pogarszałem sprawę. Wieczorem, gdy ustały wszelkie odgłosy, a sąsiad wyłączył radio, słyszałem tylko przeciągłe brzęczenie krwiożerczych komarów i piłowanie cykad. Już wiedziałem, że będzie ciężko i skończy się to bąblami i dziurkami na całym ciele. Zapiąłem więc szczelnie namiot, chociaż było cholernie duszno. Panowała ogromna wilgoć, aż ciężko było oddychać. Chciałem jednak odciąć się od komarów, siedziałem zapięty w namiocie i gotowałem się na miękko, gdy sąsiedzi piekli na grillu jakieś mięso i dobiegał mnie tylko jego zapach. Nie wiem co smażyli, ale nie był to krokodyl. Przyznam, że poznałbym ten zapach. Praca w restauracji miała pewne plusy – można było trochę kulinarnie poeksperymentować z dziczyzną. Glen podsunął mi kiedyś pod nos mięso z krokodyla, było grillowane, dobrze przyprawione i w ogóle. Dla mnie smakowało jednak jak podeszwa… buta z krokodylej skóry, oczywiście.

Siedziałem teraz w lesie, nad rzeką, daleko od miast, wsi, domów, telefonów i Internetu, wśród nieznanej mi dzikiej flory i fauny, zdany całkowicie na jej kaprysy. Przyroda, zwierzęta, to wszystko istniało do tej pory gdzieś w telewizji, niewielkie miałem o nich pojęcie. Zawsze wydawało mi się, że moim środowiskiem jest miasto, cywilizacja, asfalt. Siedząc teraz tutaj, mimo że pożerany powoli przez komary, byłem jakoś tak niepokojąco blisko natury, bliżej niż zwykle, ba – karmiąc swoją własną krwią latające owady, stałem się częścią cyklu życia…
Choć przecież nie do końca, bo człowiek nie mógłby wyrzec się całej cywilizacji i zamieszkać w takim miejscu, zdając się całkowicie na siły natury. Szkoda, że już nie wrócimy do utraconego Edenu. Nawet w takich miejscach jak to stawiamy namioty, przyczepy kempingowe, a nawet przenośne prysznice i baterie słoneczne. Sami Aborygeni odchodzą od pierwotnych metod życia.
Ciągle rozbudowujemy cywilizację i chyba nawet wierzymy, że nie musimy wracać do natury. Ewoluujemy, zgodnie z teorią samego Karola Darwina, którego nazwisko nosi teraz miasto, gdzie roztrząsałem sprawę naszego wielokulturowego Edenu. Ale czy na pewno ewoluujemy w dobrą stronę?
Obudziłem się o poranku w Kakadu, nad rzeką, w namiocie. Mrówki i komary poszły spać, ale strasznie mnie dziwki w nocy pogryzły. W tym moim Edenie…
Na śniadanie był chleb, woda i pomarańczowa marmolada opędzona od mrówek. Nogi, ręce i plecy miałem całe podziurawione. Siedziałem tu jeszcze, patrząc tępym wzrokiem na rzekę i zagryzając kanapkę, utłukłem mrówkę na kropli dżemu, po czym ją zjadłem. Jedność z naturą….


