Aborygeni | Sępek Świata - w podróż zaprasza Jarek Sępek



Aborygeni

Aborygen, niech tańczy na niebie

people of australia

- Gdybym ja tu rządził, rozstrzelałbym ich wszystkich w samym środku pustyni – powiedział bez skrępowania Joseph, fryzjer z Perth, gdy z rozmowy o pogodzie zeszliśmy na temat Aborygenów. Starałem się nie polemizować gdyż Joseph zbliżył do mojej szyi brzytwę, i wymachując nią, kontynuował: – Bo to pijane ciągle, rozróby tylko i nic więcej…

Jak można wygadywać takie rzeczy? Okazuje się, że można i co gorsza słyszałem to tu to tam więcej takich wypowiedzi i niewybrednych dowcipów. Nie wszystkie były tak drastyczne w formie, ale z pewnością sporo jest do Aborygenów niechęci, a w relacjach niezrozumienia. W pierwszym odruchu oburzałem się, że my – biali najeźdźcy – przekreślamy tak po prostu 40 (a może nawet więcej, naukowcy się spierają) tysięcy lat obecności i tradycji aborygeńskiej na tych ziemiach, stawiając wyżej nasze niewiele ponad lat 200. Widzimy tylko pijanych na stacji i ulicach, rabujących na Northbridge i snujących się po Victoria Parku.

A gdzie ideały wielokulturowości? Wzajemne poszanowanie i chęć poznania?

**

Zostawiając Darwin i jego okolice, skierowałem się na południe, by wreszcie odbić na wschód i przekroczyć ponownie granicę Australii Zachodniej. Zatrzymałem się w Halls Creek, niewielkiej mieścince przy trasie. Przy głównej ulicy było parę sklepów, stadion, stacja benzynowa. Jedna z bocznych dróg prowadziła na pole namiotowe, gdzie spotkałem młodą parę Niemców, którzy jak się okazało, motocyklami przemierzyli Afrykę, by teraz znaleźć się w Australii. Zaczęliśmy rozmawiać o naszych przygodach, zostałem też oficjalnie powitany przez Floriana w Unii Europejskiej, więc trzeba było to uczcić.

Zrobiło się już ciemno, Florian twierdził, że widział za rogiem bar, więc skierowaliśmy tam swoje kroki. Z daleka wypatrzyliśmy napis, szliśmy ulicą, a wokół zbierało się już coraz więcej Aborygenów. Siedzieli na trawie, wsparci o płot, głośno rozmawiali, debatowali i popijali wino. Powoli zbliżaliśmy się do celu, bar ogrodzony był wysokim płotem zwieńczonym drutem kolczastym, do środka prowadziła tylko wąska furtka, którą teraz zasłaniał swym ciałem postawny ochroniarz. Popatrzył na nas ze zdziwieniem w oczach i znakiem zapytania – czy rzeczywiście jesteśmy pewni, że chcemy tam się znaleźć? Nie wiedząc o co chodzi, potwierdziliśmy stanowczo i weszliśmy do środka. Sala była średniej wielkości, ściany wymalowane olejną farbą na jakiś blady kolor, podłoga była goła i betonowa, bar bardzo skromny, a przy nim metalowe stołki. W środku piło już sporo ludzi, panowała wielka wrzawa, rozglądałem się i zauważyłem, że oprócz barmana, młodego chłopaka w koszulce firmowej i czapce baseballowej, byliśmy tu jedynymi białymi. Ludzie przekrzykiwali się nawzajem, byli pijani, słyszałem trochę wyzwisk, niektórzy już bardzo zamroczeni, kilku siedziało na podłodze, w rękach mieli puszki z piwem, było bardzo głośno, choć nie słyszałem muzyki. Pijący tłoczyli się też przy barze, kilku wyciągało ręce po papierosa, którego barman dawał jednemu z nich. Wszędzie błędne spojrzenia. Podeszliśmy bliżej i usiedliśmy.

Zdziwiony barman wydał z siebie okrzyk:

- Ale wiecie chłopaki, że tu jest jeszcze drugi bar?

Teraz przypomniałem sobie ochroniarzy, którzy mówili byśmy lepiej zaczęli od tamtego, pokazując na sąsiedni „Coctail bar”. – Przynajmniej zapach jest lepszy. – zgryźliwie dodał barman.

Zamówiliśmy jednak tutaj, wśród wrzawy i huku, wypytując chłopaka o to jak się tu znalazł i jak pracuje się w takim miejscu. Barman przyjechał z Perth trochę popracować, był stanowczy, wydawało się, że wie co robi – Musisz być twardy, nie możesz pokazać, że się boisz. Jakby co, to grozisz, że zamkniesz bar i wtedy przepraszają i wszyscy są grzeczni. Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, zawsze wołam ochronę.

Sączyliśmy powoli, podszedł do mnie jakiś człowiek pytając o 4 dolary na piwo. – Nie mam – odrzekłem. – To chociaż łyka mi daj – upierał się, i wreszcie wyciągnął mi z ręki puszkę VB, coś przy tym mamrocząc, ale nie mogłem go zrozumieć. Kilka sekund później podbiegł do nas ochroniarz, wyrwał mu z ręki piwo i oddał mi. Złapał człowieka pod ręce i wyprowadził.
Po chwili podeszła do nas starsza kobieta, miała bardzo mętny wzrok, zamroczona alkoholem, wcisnęła między nas swe wielkie gabaryty i objęła dwoma rękami, uśmiechając się i pokazując bezzębne dziąsła. Spytała skąd jesteśmy, wdaliśmy się w rozmowę, mówiąc że z Polski i Niemiec. Na co barman, z szyderczym uśmiechem, puścił do nas oko i podał spod lady kondomy, każdemu po jednym.

– Niemcy? Bardzo zimno, za zimno tam dla mnie. – mówiła kobieta klepiąc nas ciągle po plecach. Coraz więcej ludzi zaczęło się przy nas zbierać, stojąca przy nas przedstawiła kolejno swojego wujka i innych członków rodziny, oni też pytali skąd jesteśmy. Obok mnie pojawiła się jeszcze dziewczyna z blizną na nosie, serdecznie mnie poklepując, życząc dobrej zabawy i domagając się, bym kupił jej drinka.

people of australia

Znów rozejrzałem się po sali, w rogu dwóch kompletnie pijanych facetów zaczęło sobie skakać do gardeł, znów pojawiała się ochrona, znów ktoś się wywalił, znów kogoś wywalali.

Kończyliśmy trunek i umieraliśmy z ciekawości jak wygląda ten drugi bar, po sąsiedzku. Wyszliśmy na zewnątrz, mijając wyprowadzanych ludzi, przed nami stał policyjny samochód z klatką z tyłu. Mundurowi wpychali kompletnie pijanych i awanturujących się ludzi do środka, a ochroniarze odpędzali dzieci, które korzystając z zamieszania chciały się wkraść do baru. Minęliśmy całą tę scenę i pojawiliśmy się przed sąsiednią bramą. Otworzył nam młody chłopaczek w koszulce z napisem „Ochrona”. W ciemności zamigotał neon „Coctail Bar”. Przeszliśmy jeszcze przez furtkę, na której widniała wywieszka jak należy być ubranym by wejść.

Stanęliśmy oszołomieni, kontrast uderzył. Patrzyliśmy na stoliki z obrusami, rozstawione wokół basenu z błękitną wodą, tu bawili się tylko biali, muzyka grała cicho, nikt nie chodził, nie biegał. Wielki spokój, eleganckie ubrania, eleganckie napoje. Tutaj Aborygeni nie mieli wstępu…

Popatrzyliśmy z Florianem na siebie. – Wracamy – powiedział, czytając także w moich myślach.

Znów przepychaliśmy się przez bramę, między ochroniarzami. Barman aż oniemiał gdy ponownie nas zobaczył. – Co się stało?! – zakrzyknął.

- Nuda. Tu przynajmniej coś się dzieje, ludzie się bawią, jest jakaś akcja – stwierdziliśmy zgodnie.

Chłopak zdumiał się, zniknął na zapleczu, po chwili przyniósł i pokazał nam kartonowe pudełko. – Chcecie akcji? – zapytał i zaczął wykładać na bar noże, scyzoryki, myśliwskie, kuchenne – Plon ostatnich paru tygodni. To jest to co odebrała wchodzącym ochrona. Jeszcze więcej akcji wam potrzeba?

Wypiliśmy kilka piw, opędzając się ciągle od natrętów. Wreszcie wrzawa się uspokoiła, wszyscy już poszli, albo ich wyprowadzono. Ustały krzyki. – To nie to, że nie lubię waszego towarzystwa – powiedział jeszcze barman – ale już chcę stąd iść – po czym opuścił na bar żelazną, skrzypiącą kurtynę, trzaskając zasuwami.

Na zewnątrz ciągle jeszcze trwała szarpanina, ochroniarze tłumaczyli napierającym Aborygenom, że bar jest już zamknięty. Patrzyliśmy na wszystko w milczeniu.

Pod osłoną nocy wróciłem do namiotu. Położyłem się i długo nie mogłem zasnąć przypominając sobie wszystkie sceny, które widziałem. Nie mogłem uwierzyć, że mogą istnieć obok siebie dwa tak różne światy, zupełnie niezależnie, jeden musi być separowany od drugiego drutem kolczastym. Starałem się przełknąć tę gorzką obserwację, mając ciągle przed oczami pijanych i oszołomionych ludzi, nie chciałem by taki obraz został mi w pamięci.

**

Północne rubieże Australii zamieszkiwane są przez duże społeczności Aborygenów. Kilka dni wcześniej w Katherine, odpoczywając siedziałem na trawniku, zajadałem bułki, zapijając mlekiem z kartonu. Podeszła do mnie starsza kobieta i młody chłopak, pytali o papierosy – Nie mam niestety, nie palę, ale może się poczęstujecie? – pokazałem bułki. Dosiedli się, nie odmówili też mleka. Za chwilę pojawiło się więcej osób, przedstawiali się kolejno, wszyscy byli członkami jednej rodziny.

people of australia

Siedzieliśmy w kucki na skwerze, przy ulicy przed sklepem jak się okazało monopolowym, jedząc i rozmawiając. Chłopak opowiadał, że pracuje na farmie, strzyże owce, pomaga w gospodarstwie, a teraz przyjechał odwiedzić swoją rodzinę w miasteczku. Wyczułem, że delikatnie sprowadza mnie na temat alkoholu. Mówił, że przyjechał, a tu okazało się, że jedna z kuzynek miała właśnie urodziny i chcieli to uczcić. Przyznałem się, że sam niedawno obchodziłem swoje. Spytali czy nie kupiłbym wina? Sklep był naprzeciwko, właściwie chyba tylko na to czekali. Pomyślałem – dlaczego nie? Przynajmniej ktoś wypije moje zdrowie. Chłopak dał mi dokładne instrukcje co miałem kupić i za ile. Powiedziałem sprzedawcy markę, która mnie interesuje i litraż. Popatrzył na mnie podejrzliwie, ale wyciągnął spod lady czterolitrowy karton czerwonego wina. Kosztowało podejrzanie tanio, co mogło tylko odzwierciedlać jakość trunku, ale cóż…

Rodzina już czekała na mnie po drugiej stronie ulicy. Mówili, że nie możemy pić tutaj na trawniku, bo kręci się zbyt wielu ludzi, a policja z reguły odbiera alkohol. Chłopak złapał mnie za ramię i powiedział, że mają specjalne miejsce. Słońce powoli zachodziło, a ja miałem mały przebłysk – jestem pośrodku towarzystwa, którego kompletnie nie znam, w torbie mam cztery litry wina, umięśniony chłopak ciągnie mnie za rękę w tylko sobie wiadome miejsce, starając się ukryć przed policją i innymi Aborygenami kręcącymi się po okolicy w poszukiwaniu okazji do napitku, albo czegoś gorszego. Uległem jednak, tak naprawdę też miałem ochotę na łyk wina.

Szliśmy nad rzekę, a moi współbiesiadnicy co chwilę się odwracali, sprawdzając czy ktoś za nami nie idzie. Weszliśmy w gęste krzaki, pomiędzy drzewami, schodziliśmy w dół po wale, trafiając we wcześniej przygotowane miejsce. Ziemia była udeptana, wokół walały się puste butelki, puszki po wszelkiego rodzaju napojach, i puste, zgniecione kartony po piwie i winie, a nad tym pobojowiskiem, które miało być miejscem biesiady, górował uprowadzony wózek sklepowy.
Było nas chyba z dziesięć osób, starszych i młodszych. Wyciągnąłem wino i postawiłem na środku, biesiadnicy byli już gotowi, mieli plastikowe butelki z wodą, którą zaczęli rozcieńczać czerwony napój, tak by starczyło dla wszystkich. Sięgnąłem po aparat i zrobiłem kilka zdjęć ceremonii rozlewania wina, wszyscy uśmiechali się i wdzięcznie pozowali.

Wcześniej gdy szliśmy ulicą chłopak wszystkich uciszał, pewnie by nie zwracać uwagi, że mamy zamiar chować się w buszu. Teraz na nowo wrzawa odżyła, biesiadnicy śmiali się i wesoło rozmawiali w dialekcie, którego nie rozumiałem, mieszając z angielskim, udawało mi się wychwycić tylko pojedyncze słowa. Próbowałem zadawać jakieś pytania, nie dostawałem odpowiedzi, kobiety mówiły szybko, mieszając języki, faceci przekrzykiwali się nawzajem.

Jedna ze starszych ciotek, w chustce na głowie, wciąż na mnie patrzyła, a sącząc wino uśmiechała się. Młodsza kobieta, najgłośniejsza ze wszystkich przysunęła się do mnie i objęła ramieniem. Miała kręcone włosy i sympatyczną twarz, chociaż gdy uśmiechała się uwydatniała żółte i bardzo zniszczone przednie zęby. Popatrzyła na mnie i z zalotnym uśmiechem puściła oko, wolałem nie domyślać się co to znaczyło…

aboriginal woman

Impreza trwała w najlepsze, było wesoło, chociaż matka dziewczyny próbowała wyjaśnić mi coś o Skradzionym Pokoleniu i jak zabrano jej drugą córkę, nie wiele mogłem jednak zrozumieć. Wychwyciłem za to kilka żartów – Ned Kelly to mój ojciec! – zakrzyknął jeden z chłopaków ze śmiechem (legenda wciąż żywa!). Wciąż miałem w ręce aparat, puściłem go w obieg i teraz wszyscy oglądali swoje zdjęcia, pokazując sobie nawzajem, wzbudzając salwy śmiechu.

Robiło się coraz ciemniej, słońce zaszło, skończyło się wino. Jakby na komendę wszyscy wstali z miejsc i kolejno wychodziliśmy z krzaków, idąc teraz przez miasto, żartując i śmiejąc się w niebogłosy. Starałem się uczestniczyć w zabawie, ale widziałem, że biesiadnicy ciągle się namawiali, coś kombinowali, szeptali jeden do drugiego. Coś się szykowało. Wreszcie jeden ze starszych, który miał na imię Basil, odciągnął mnie na stronę. – Co się dzieje? – spytałem. – Powiem ci – szepnął Basil, serdeczny człowiek o poczciwej twarzy. – Chcą cię wykorzystać. Jeśli chcesz iść do domu, lepiej idź teraz – mówił spokojnie – Po prostu chcą następne wino. A potem będą chcieli jeszcze jedno. I jeszcze jedno.

Aborygen, wolny jak ptak?

Saleguru

Siedząc na trawniku w Kunnunarze, jednym z tych małych miasteczek na północy, przyglądałem się teraz Aborygenom, którzy całymi rodzinami gromadzili się w parku. Cała ta moja wyprawa orbituje wokół alkoholu, a teraz chciałem zobaczyć też tę inną stronę, lepszą. Siedzieli, jakby zastygli, skuleni, trwając w tej samej pozycji przez kilka godzin. Dziś nie ma już Aborygenów żyjących zupełnie dziko, każdy z nich zetknął się z kulturą, którą przywieźli osadnicy. Ale ciągle jeszcze jest w nich coś pierwotnego, może spojrzenie, siedzenie w kucki na trawie i trwanie, coś takiego co nie pozwalało oderwać od nich wzroku. Mimo, że chodzili w krótkich kolorowych spodenkach, podkoszulkach z nazwami piłkarskich drużyn czy czapeczkach baseballowych, mieli w sobie ducha łączności z dawnym stylem życia. Ci, których obserwowałem nie mogli i nie chcieli przystosować się do naszych zwyczajów.

Aborygeni są nieodłączną częścią kultury i historii tego kraju. Australia wypełniona jest nazwami geograficznymi pochodzącymi z języków miejscowych. Na mapie widzimy: Mandurah, Karratha, Woomera, Goondiwindi, Korumburra i tysiące innych.
Choć Canberra, stolica tego kraju miała się nazywać inaczej – proponowano Shakespeare, Emu, Eucalypta, Sydmeladperbrisho (pierwsze sylaby nazw pozostałych stanowych stolic…) – stanęło jednak na Canberze, oryginalnej, aborygeńskiej nazwie miejsca, w którym od podstaw zbudowano stolicę.
W Perth dzielnice nazywają się Wanneroo, Mirrabooka, Koondoola czy Karrakatta. Świętą skałę, gdzieś pośrodku pustyni znów przemianowano, tym razem z Ayers Rock na Ayers Rock/Uluru, dodając pierwotną aborygeńską nazwę, a w 2002 roku oficjalnie odwrócono kolejność, pozostawiając Uluru/ Ayers Rock. Podobna debata toczy się na temat nazwy góry Kościuszki.

Choć to chwalebna tendencja, śmiałem się trochę z mojej koleżanki, która, choć pewnie nieświadomie, chciała być bardziej aborygeńska od nich samych. Z nabazgranego na hotelowej karcie rejestracyjnej adresu:

Peregrin Str. 8
Salzburg
Austria

koleżanka Grace mogła odczytać i wpisać do komputera tylko jedno:

Peraringir 8
SALEGURU
Australia

Powinniśmy byli to zgłosić do ministerstwa, może dostałaby jakiś medal.

Próbujemy więc wyciągać do siebie ręce. Choć może czasem robimy to nieporadnie jak Grace czy sam James Cook, odkrywca Australii dla cywilizacji Zachodu. W roku 1770, zacumował on w pobliżu dzisiejszego Queensland i wraz z kilkoma ludźmi zszedł na ląd, gdzie spotkał Aborygenów. Wciąż krąży anegdota o tym jak jeden z marynarzy wskazał dziwne, skaczące zwierzę z torbą i schowanym w niej maleństwem – pytając miejscowych – jak tego stwora nazywają? Aborygen odrzekł: – Kanguru. I tak właśnie zaczęto nazywać zwierzę. A później miało się okazać, że słowo, którego użył tubylec znaczy: – Co powiedziałeś?

**

Rano w Halls Creek przyglądałem się bawiącym aborygeńskim dzieciom, obsiadającym mój motocykl i trąbiącym beztrosko. Same podchodziły do maszyny, wsiadały na nią po kolei, śmiejąc się przy tym i żartując.

people of australia

Obserwowałem grupy snujących się o poranku starców szukających cienia i wygodnego miejsca. Patrząc na nich i na dzieci dosiadające mój motocykl, wpadłem na pewien pomysł. Wiedziałem o specyficznym stosunku Aborygenów do ziemi przodków, nie tylko w sensie materialnym, ale też metafizycznych, ziemia dla nich to wszystko co dookoła – zwierzęta, skały, rośliny, duchy. Oni stanowili ze swoją ziemią jedność.

Moja Tišina, choć made in Japan, imię ma bałkańskie, a przez Polaka jest dosiadana – właściwie też do tej ziemi należy. Tutaj zrobiła wszystkie swe kilometry, po tych drogach.

Aborygeńskie obrazy niosą przesłanie, choć czasem jest ono jasne tylko dla twórcy. Artyści odwołują się do mitów, używają symboli by opowiadać historie. Może nie historie w rozumieniu zachodnim, anegdotycznym (jak np. ta z Amerykanami w Alice Springs. Pytali w restauracji, w samym środku Australii, gdzie temperatury dochodzą do 40-50 stopni, czy tu pada śnieg? Kelnerka odpowiedziała: – Był tu kiedyś jeden staruszek, który twierdził, że widział śnieg, ale chyba za długo na słońcu siedział), historie inne.

Widzimy narysowany symbol człowieka z rybą na sznurku, ale opowiada się, że ciągnął on swą zdobycz za sobą, ktoś odciął sznur i ukradł rybę. Rybak znalazł sprawcę w jaskini, przeczekał aż podzieli się on łupem z innymi, a potem kamieniem zablokował im wyjście. Tak ukarał winnych.

Ja też mam swą historię – zderzyłem się z kangurem. Miałem nadzieję, że przeżył i ma się dobrze, a jeśli nie – że jest w kangurzym niebie.
Wjechałem do Australii jako ignorant, miałem gdzieś ostrzeżenia, choć ludzie mówili, ja ich nie słuchałem.
Teraz mogłem się z ziemią zbratać, naturą, a kangura prosić o wybaczenie.
A kto mi w tym może pomóc jak nie Aborygeni?

Wymyśliłem więc kontaminację, połączenie, fuzję nowoczesności i tradycji, sztuki miejscowej i techniki – mój hołd i szacunek dla wszystkich pierwotnych mieszkańców Australii.

W Halls Creek zatrzymałem się w ich centrum sztuki. Na podwórku niewielkiego drewnianego domku, który był też galerią sztuki, zobaczyłem kilka przycupniętych na ziemi starszych osób, zajętych malowaniem. Jak się dowiedziałem z rozmowy z prowadzącą – Z galerią współpracuje około sześćdziesięciu aborygeńskich artystów. Dostają płótno i farby, malują swoje obrazy, a potem galeria dzieła sprzedaje. – Nie wiem jak się dzielą zyskami, nietaktem wydało mi się pytać. Nie po to się tu pojawiłem. Kobieta przedstawia mnie jednemu z artystów – To jest Bruce, porozmawiaj z nim o swoim pomyśle.

Bruce, był starszym, dostojnym człowiekiem z siwiejącą brodą, w niebieskiej koszuli i słomkowym kapeluszu, siedział na ziemi mocno skupiony i pochylony nad swoim płótnem.

Trochę się krępowałem mu przerywać, ale wreszcie sam uniósł wzrok i pozwolił powiedzieć o co mi chodziło. Słuchał w skupieniu, wreszcie udało mi się go namówić na mały artystyczny eksperyment – poprosiłem, by namalował mi na przednim błotniku kangura…

Bałem się, że mnie wyśmieje, popuka się w głowę i odeśle, ale Bruce kazał mi przyprowadzić motor. Usiadł przed nim, zamoczył pędzel w żółtej farbie, po czym w ciszy i skupieniu dotknął nim błotnika, malując kontur zwierzęcia, wypełniając go kolorem i dodając jeszcze nad nim kształt góry.

people of australia

I oto moja historia: w ciemnościach Kangur zszedł z gór i stanął na drodze… a co się działo dalej mówią już zadrapania, które pozostały na motorze. Opowiada sama maszyna.