Byliśmy młodzi i piękni. Jechaliśmy do Fabryki Snów.
Byliśmy blisko.

Coraz bliżej.

Zapowiadało się całkiem nieźle, czuliśmy że możemy daleko zajść, umieliśmy przecież biegać po plaży.

Odwiedziliśmy największych.

Zobaczyliśmy gwiazdy.


Różne gwiazdy…

(Tak, ja też nie mogę uwierzyć, że spotkaliśmy tam De Mono…)

Tylko, że nigdy nie może być zbyt różowo. Na jednej z górzystych uliczek Siano poszedł w jedną stronę, a ja w drugą. Czekał… Wreszcie się zjawiłem. Tak później relacjonował co mu powiedziałem:
Odpocząłem, nabrałem powietrza i walę za tobą. Zadecydowałem, że poszedłeś w lewo. Przedarłem się przez jakieś krzaki i kawałek ogródka i tuż za nim znalazłem elegancki widoczek na napis Hollywood. Strzeliłem kilka fotek i złażę. Ciebie nie ma, więc dalej czekam. Przycupnąłem na murku, gdy nagle podjeżdża radiowóz. Przeciągły ryk, wow, wow! – Stój! Odwróć się! Ręce na głowę! – drze się babka przez megafon. Myślałem, że to nie do mnie – Co? Ja? – odpowiadam zdziwiony. Odwróć się! Ręce na głowę! – powtarza. Zwątpiłem, ale wstałem, bo widzę że nie żartują. Podleciała. Bach! Trach! – zgrzytnęło. Stoję więc zakuty w kajdanach na poboczu drogi, jak terrorysta.
Tak tak…
Światła radiowozu migają, ludzie chodzą, patrzą, a ja stoję skuty jak krymol.
Okazało się, że łaziłem gdzieś po prywatnych posiadłościach i ktoś zadzwonił po gliny. Postałem tak trochę, aż wreszcie zostałem zwolniony z braku dowodów.
- Teraz jesteś notowany w kartotekach LAPD, wydział Hollywood! – powiedział mi Siano.

I to w sumie mógłby być niezły początek wielkiej kariery. Zdecydowałem się jednak ustąpić miejsca innym. W końcu De Mono było tam chwilkę przed nami.
Mimo wszystko życzę wszystkiego najlepszego kandydatom do Oscarów. Wiem, że dużo przeszli, by być tam gdzie są.




