
W samolocie, zawieszony w powietrzu gdzieś nad Morzem Tasmana, w drodze do kraju, o którym kompletnie nic nie wiem.
Bo co ja mogę wiedzieć o Nowej Zelandii? Nawet nie byłem w Starej…
Przez głowę mkną jakieś szczątki informacji. Jeszcze przed chwilą, w poczekalni lotniska w Melbourne, czytałem książkę dla początkujących kibiców rugby. Już z pierwszych stron wynika, że mają tam niezłego fioła na tym punkcie. Książkę podarował nam na pożegnanie Siano w Perth, żebyśmy tam na kompletnych ignorantów nie wyszli. Czytam więc i nic na razie z tego rugby`owego fenomenu nie rozumiem. Najbardziej spodobał mi się cytat, że ta gra to „subtelne połączenie opery i baletu z krwawym morderstwem”…
Z innymi książkami nie poszło mi już tak dobrze. Jeszcze w Londynie kupiłem relację z podróży autostopem po Nowej Zelandii – „A land of two halves”. Problem z nią był taki, że nikt nie chciał autora zabierać na tego stopa, stał więc na poboczu, machał na samochody i snuł swoje dywagacje na temat tego kraju. Znudziło mi się po czterdziestu stronach.
Zajrzałem więc do historii, poczytałem trochę o wojnach muszkietowych i Maorysach. Okazuje się, że broń palna, którą przywieźli Europejczycy od razu im się spodobała. Szybko zaczęli dzięki niej wyrównywać międzyplemienne rachunki, przez co zginęło ich więcej, niż w starciu z białymi osadnikami.
Zacząłem też czytać o ich tradycjach, pieśniach i tańcach, ale wyobrażam sobie, że to tak samo jakby przyjeżdżając do Polski przeczytać o dynastii Piastów, „Klechdy domowe” i studiować pieśni, które zebrał Oskar Kolberg. Czy to coś mówi o współczesności kraju?
Poza tym ciężko o jakieś porządne drukowane kompendium wiedzy na temat Nowej Zelandii.
Oczywiście zawsze jest internet. Można tu obejrzeć filmiki o gangach w Auckland, jakieś amatorskie relacje z rejsów i zawodowe spoty reklamujące ten kraj. Można też natknąć się na kilka blogów i relacji podróżników, ale wszyscy piszą mniej więcej to samo i robią zdjęcia w tych samych miejscach (boję się więc, że nas też to czeka). Oczywiście wszędzie pojawiają się piękne widoczki, morze, góry i hasło, że „jest tu więcej owiec niż ludzi”. Tylko, że dla mnie to zawsze było oczywiste, bo połowa Nowozelandczyków siedzi przecież w Londynie. Z dumą mówią na siebie „Kiwi”, ale nie od owocu, tylko ptaka, który żyje w Nowej Zelandii. Niezbyt chętnie dodają, że ptak jest nielotem, prowadzi nocne życie, a poza tym jest na wymarciu. Poza tym Nowozelandczycy mówią do siebie, podobnie jak w Australii, „mate” i „bro”.
W internecie wszyscy powtarzają, że warto odwiedzić Nową Zelandię, bo kręcili tam „Władcę pierścieni”. Ale nawet ja nie jestem tak naiwny by wierzyć, że zobaczę tam Mordor (czy jak się ta kraina nazywała). Już prędzej trafimy w plenery „Fortepianu”, choć nie wiem czy zobaczymy sam instrument. Z nowszych produkcji, które sobie teraz przypominam, widziałem jeszcze ciepłą historię „The World’s Fastest Indian” z Anthonym Hopkinsem, który z tego dalekiego zakątka świata taszczył do Stanów swój motocykl, by pobić na nim rekord prędkości. O swojej maszynie mówił z kiwi akcentem „motosykyl” i tłumaczył wszystkim, że pochodzi z Invercargill, choć nikt nie wiedział gdzie to jest.
Zresztą mnie nazwy miast nowozelandzkich też niewiele mówią. I w tym akurat nie jestem odosobniony. Nawet pilot naszego samolotu przed chwilą wypalił: – Witam państwa na pokładzie lotu do Christchurch! – W kabinie rozległ się szmer -… to znaczy do Auckland – poprawił się zmieszany. – Do Christchurch lecę jutro…
Tak więc stan wiedzy jest jaki jest. Po co więc lecę na koniec świata?
Żeby się czegoś dowiedzieć, bro.