Archiwum Wrzesień 2010

Myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć

środa, 29-09-2010

auckland08

Pobyt w Auckland zacząłem od zakupu kurtki. Jest zimno i deszczowo, może nawet tak jak w Polsce. Z tą różnicą jednak, że tutaj mamy przynajmniej perspektywę nadchodzącego wkrótce lata.

Na razie niewiele się dzieje, bo pierwszy tydzień upłynął nam na łażeniu po Queen Street, głównej ulicy Auckland. Mamy dzięki temu nowozelandzkie komórki, internet do laptopa, ba, nawet konto bankowe i miejscowe karty płatnicze.

Wystarczył do tego paszport z wizą, a jako potwierdzenie adresu rachunek z hostelu (gdzie wieczorem dostajemy darmowy posiłek, co na rachunku było skrzętnie odnotowane jako: „Free Meal”). Bank to łyknął.

Teraz trzeba to konto jakoś zapełnić.

auckland03

Co do miejsca stacjonowania, zatrzymaliśmy się w hostelu backpackerskim w samym centrum, na piętrowym łóżku, wśród Anglików, Brazylijczyków i Niemców. Hostel jak hostel, toczy się tu życie studenckie, choć oczywiście bez egzaminów. Większość baluje nocami, potem śpią cały dzień, inni bukują wycieczki w pakietach, a jeszcze inni wymieniają się opiniami na temat różnych miejsc w Nowej Zelandii typu – „Christchurch rocks”, „Wellington sucks” lub „Otago is awesome, man”.

auckland10

Po cichu drukujemy nasze cv i ruszamy w drogę po knajpach.

Siano w Perth

poniedziałek, 27-09-2010

Z Dychowa do Perth, czyli australijski luz, miłość do rugby i szukanie swego miejsca w świecie. Maciej Sianożęcki, nasz serdeczny przyjaciel, opowiada o swojej siedmioletniej przygodzie na drugiej półkuli. Warto posłuchać!

(wersja HD znajduje się tutaj)

Pozdrawiamy i idziemy szukać pracy;)

Druga strona Ziemi wygląda trochę nieziemsko

sobota, 25-09-2010

auckland01

To nie jest fotomontaż.

Zielony niczym kiwi, czyli słowo o ignorancji

czwartek, 23-09-2010

Air New Zealand

W samolocie, zawieszony w powietrzu gdzieś nad Morzem Tasmana, w drodze do kraju, o którym kompletnie nic nie wiem.

Bo co ja mogę wiedzieć o Nowej Zelandii? Nawet nie byłem w Starej…

Przez głowę mkną jakieś szczątki informacji. Jeszcze przed chwilą, w poczekalni lotniska w Melbourne, czytałem książkę dla początkujących kibiców rugby. Już z pierwszych stron wynika, że mają tam niezłego fioła na tym punkcie. Książkę podarował nam na pożegnanie Siano w Perth, żebyśmy tam na kompletnych ignorantów nie wyszli. Czytam więc i nic na razie z tego rugby`owego fenomenu nie rozumiem. Najbardziej spodobał mi się cytat, że ta gra to „subtelne połączenie opery i baletu z krwawym morderstwem”…

Z innymi książkami nie poszło mi już tak dobrze. Jeszcze w Londynie kupiłem relację z podróży autostopem po Nowej Zelandii – „A land of two halves”. Problem z nią był taki, że nikt nie chciał autora zabierać na tego stopa, stał więc na poboczu, machał na samochody i snuł swoje dywagacje na temat tego kraju. Znudziło mi się po czterdziestu stronach.

Zajrzałem więc do historii, poczytałem trochę o wojnach muszkietowych i Maorysach. Okazuje się, że broń palna, którą przywieźli Europejczycy od razu im się spodobała. Szybko zaczęli dzięki niej wyrównywać międzyplemienne rachunki, przez co zginęło ich więcej, niż w starciu z białymi osadnikami.

Zacząłem też czytać o ich tradycjach, pieśniach i tańcach, ale wyobrażam sobie, że to tak samo jakby przyjeżdżając do Polski przeczytać o dynastii Piastów, „Klechdy domowe” i studiować pieśni, które zebrał Oskar Kolberg. Czy to coś mówi o współczesności kraju?

Poza tym ciężko o jakieś porządne drukowane kompendium wiedzy na temat Nowej Zelandii.

Oczywiście zawsze jest internet. Można tu obejrzeć filmiki o gangach w Auckland, jakieś amatorskie relacje z rejsów i zawodowe spoty reklamujące ten kraj. Można też natknąć się na kilka blogów i relacji podróżników, ale wszyscy piszą mniej więcej to samo i robią zdjęcia w tych samych miejscach (boję się więc, że nas też to czeka). Oczywiście wszędzie pojawiają się piękne widoczki, morze, góry i hasło, że „jest tu więcej owiec niż ludzi”. Tylko, że dla mnie to zawsze było oczywiste, bo połowa Nowozelandczyków siedzi przecież w Londynie. Z dumą mówią na siebie „Kiwi”, ale nie od owocu, tylko ptaka, który żyje w Nowej Zelandii. Niezbyt chętnie dodają, że ptak jest nielotem, prowadzi nocne życie, a poza tym jest na wymarciu. Poza tym Nowozelandczycy mówią do siebie, podobnie jak w Australii, „mate” i „bro”.

W internecie wszyscy powtarzają, że warto odwiedzić Nową Zelandię, bo kręcili tam „Władcę pierścieni”. Ale nawet ja nie jestem tak naiwny by wierzyć, że zobaczę tam Mordor (czy jak się ta kraina nazywała). Już prędzej trafimy w plenery „Fortepianu”, choć nie wiem czy zobaczymy sam instrument. Z nowszych produkcji, które sobie teraz przypominam, widziałem jeszcze ciepłą historię „The World’s Fastest Indian” z Anthonym Hopkinsem, który z tego dalekiego zakątka świata taszczył do Stanów swój motocykl, by pobić na nim rekord prędkości. O swojej maszynie mówił z kiwi akcentem „motosykyl” i tłumaczył wszystkim, że pochodzi z Invercargill, choć nikt nie wiedział gdzie to jest.

Zresztą mnie nazwy miast nowozelandzkich też niewiele mówią. I w tym akurat nie jestem odosobniony. Nawet pilot naszego samolotu przed chwilą wypalił: – Witam państwa na pokładzie lotu do Christchurch! – W kabinie rozległ się szmer -… to znaczy do Auckland – poprawił się zmieszany. – Do Christchurch lecę jutro…

Tak więc stan wiedzy jest jaki jest. Po co więc lecę na koniec świata?

Żeby się czegoś dowiedzieć, bro.

Australijska Route 66

poniedziałek, 20-09-2010

nullarbor41

Ciągnie się w nieskończoność. Z hukiem mijają nas tu tylko wielkie ciężarówki i samochody z napędem na cztery koła, które z mozołem taszczą przyczepy kempingowe.

nullarbor2

I tak dzień za dniem.

nullarbor29

Nasze zadanie wydawało się proste – przewieźć samochód z Perth do Adelajdy. Czasami tak się zdarza w firmach wynajmujących auta, że nikt ich nie chce wynająć, więc dają je za półdarmo. Ba, zwracają nawet połowę pieniędzy za benzynę, więc przyjazd do Adelajdy okazał się tańszy niż bilet lotniczy.

nullarbor40

I wszystko pięknie, tylko ta jazda… 3000 kilometrów. I nic po drodze.

nullarbor30

nullarbor26

nullarbor8

nullarbor10

nullarbor6

Nakręciliśmy o tym film. Naszą odpowiedź na Top Gear;)) Materiał trafił na stół montażowy. Będzie wkrótce, więc warto tu zaglądać.

nullarbor44

nullarbor22

A tymczasem musimy jakoś dostać się do Melbourne, bo tam w środę czeka już na nas samolot do Nowej Zelandii. Czas chyba nabyć puchowe śpiwory. Wrzesień jest tam podobno najzimniejszy.

(fot. ajdekato&sempeck)

Misja: Relokacja

środa, 15-09-2010

toyota1

Dostalismy zlecenie – przewiezc to cacko na drugie wybrzeze. To zaledwie 3000 km. W Adelajdzie mamy byc w niedziele przed poludniem.

No worries!

(fot. ajdekato)

Aggi w Kuala Lumpur

poniedziałek, 13-09-2010

Z nyskiego Carolinum do stolicy Malezji – Aggi opowiada o swoich przygodach w wielkim mieście w naszym pierwszym wywiadzie. Enjoy!

W Pertówku po latach

piątek, 10-09-2010

Miasto trochę się zmienia:

Perth 2003
McPerth, Australia

Perth 2010
perth1

Spieszę też donieść, że mój ulubiony Aussie burger, czyli miejscowy specjał z dodatkiem czerwonego buraka, jajka i bekonu zniknął z McDonald`s. Natura nie znosi jednak próżni. Australijski burger pojawił się w Hungry Jacku. Ale tanio nie jest. Zestaw kosztuje 9 dolarów (a dolar australijski idzie w górę, dziś to jakieś 2,8 zł).

perth8

Wróciłem na chwilę do Perth, by odkrywać takie szczególiki. 7 lat temu (jak to strasznie brzmi) spędziłem tu ponad rok, pracując i studiując.

perth2

Nie chcę wyjść na marudę, ale pierwsze co rzuca się tu w oczy, to nieco porażające ceny. Kiedyś tak nie było. W sumie wybraliśmy to miejsce na studia, bo było najtaniej w Australii. Dziś ceny porównywalne są nawet z londyńskimi, a nie po to z Londynu wyjeżdżaliśmy, żeby gdzie indziej płacić za prosty lunch 7 funtów;)

Na szczęście jesteśmy zaprowiantowani u naszej ulubionej australijskiej rodziny. Siano, z którym objechałem Stany, przeżyłem studia we Wrocławiu i masę wspólnych przygód, by wreszcie razem wylądować w Australii, wciąż tu mieszka. Teraz ze swoją Kasią i małą Marcelinką.

perth9

Jest więc rodzinka, dobra praca w budżetówce, obywatelstwo, dom 10 minut od oceanu, samochód.

Małej Marcysi urodzonej w Perth, w ramach „krzewienia kultury narodowej na obczyźnie” podarowaliśmy pluszowego bociana z Polski. Pokochała go od razu i zabrała do przedszkola. Ale jak wytłumaczyć innym dzieciom co to jest? – Mów, że to taki polski kiwi – poradził jej tatuś.

perth6

Chodząc po mieście przypominają się więc różne klimaty – sklepy, pralnie, miejsce złomowania motoru, imprezownie etc. Najbardziej żałuję tylko, że pub Oak&Ivy w podziemiach hotelu Criterion, gdzie uczyłem się lać fachowe pinty, został zamknięty… W wakacje pracowałem tam 5 dni w tygodniu, od rana do nocy, po to tylko, żeby w wolną sobotę przyjść jeszcze napić się piwa. Ale dzięki temu kupka dolarów na motocyklowe wojaże rosła.

Hotel, w którym jako porter, nosiłem gościom walizki, wciąż działa. Dziś siedzi tam pryszczaty recepcjonista i gra w sapera, zupełnie jak ja 7 lat temu (chociaż ja chyba nie miałem tylu pryszczy).

Miasto się więc kręci, a my sobie siedzimy, grillujemy, jeździmy rowerami i wspominamy stare dobre czasy.

perth4

Czasami wspominamy też gorsze.

perth3

- Miejmy to już za sobą – powiedział Siano, wioząc nas w busz. W miejsce, gdzie hasają kangury. Bo przecież każdy kto przyjeżdża do Australii, chce zobaczyć kangura. Oprócz mnie. Oto dlaczego;)

Ale zobaczyliśmy. I z głowy. Uff, tym razem z bezpiecznej odległości;)

(fot. ajdekato&sempeck)