
Rok w Nowej Zelandii. Taki pomysł.
Brzmi nieźle, ale szczerze mówiąc – to nasz cały plan. Nie mamy nic więcej. Zdaje się, że będziemy mocno improwizować.
Na razie wykupione loty dowiozą nas do Australii. Za tydzień śmigamy z Berlina do Londynu (choć jeszcze nie wiemy jak dostaniemy się do niemieckiej stolicy), potem, po kilku godzinach i kilku filmach z laptopa, wsiadamy w samolot Air Asia do Kuala Lumpur i wygląda na to, że spędzimy tam noc.
Żeby wzbudzić jeszcze większą niepewność, właśnie odwołali nam lot z Malezji do australijskiego Perth. Na szczęście udało się przenieść na następny.
Zatem w niedzielny, wczesny poranek, kiedy w Polsce będzie jeszcze trwało szaleństwo sobotniej nocy – my dotkniemy australijskiej ziemi. W Perth. Siedem lat temu spędziłem tam rok. Wyobrażam więc sobie, że dobrze będzie na chwilę wrócić i zobaczyć co się zmieniło.
A potem? Może do Auckland, może do Wellington. Będziemy losować.
I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Choć też najbardziej przerażające.

(fot. ajdekato)
Tagi: australia, londyn, nowa zelandia






Powodzenia ! Liczę na częste notki z Nowej Zelandii, gdyż bardzo interesuje mnie ten kraj. Od dawna śledzę stronę http://nz.pasnik.pl i czytam znajdujący się tam blog – polecam.
Dzięki. Będą notki, będą filmiki. Zobaczymy tylko jak często;) Pzdr