Myślami jestem już na antypodach i jakoś nie mogę zabrać się do porządnej relacji z bośniackiej podróży. Cóż, nie zawsze wszystko da się opisać. Czasem muszą wystarczyć fotki i trochę dźwięków.
Zacznijmy od czegoś wesołego. Na festiwal trębaczy w Banja Luce nieźle dawali czadu:
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Były też oczywiście piękne widoczki.
Na południu dojechaliśmy do morza, Hercegowina ma dostęp do 10 kilometrów wybrzeża (!), a na północy wpadliśmy na walki byków, zwane tu „koridą”.
Poczuliśmy się na tyle bezpiecznie, że przespaliśmy większość nocy w samochodzie zaparkowanym na poboczu.
Trzeba jednak pamiętać, że Bośnia i Hercegowina nie jest do końca normalnym krajem. Podzielona jest między Serbów, Chorwatów i Muzułmanów, dlatego w zależności od rejonu, kawa może nazywać się kafa, kava lub kavha.
W lasach ciągle są miny, a cmentarz w pobliżu Srebrenicy wciąż zapełnia się nowymi szczątkami odnalezionymi w masowych grobach.
Mimo tak bolesnej przeszłości, w serbskiej części Bośni propaganda narodowościowa nie ustaje.
Jedną z niewielu rzeczy, które wydają się łączyć narody, jest wspomnienie bohaterskich partyzantów z czasów II wojny światowej. Choć też nie do końca. Jest kilka śmiesznych historii z tym związanych.
W miejscowości Jajce marszałek Tito tworzył podwaliny swojego państwa. I choć w innych związanych z nim miastach zmieniano nazwy dodając jego imię (Titova Mitrovica, Titovo Užice), nikt nie odważył się zmienić nazwy na Titove Jajce.
Miasto Travnik też ma śmieszną nazwę, ale mimo wszystko życie toczy się tu normalnie (w miarę).
Niektórzy jednak w ułatwianiu sobie życia poszli za daleko. Nazwiska autorów tłumaczonych książek pisane są fonetycznie: Robert Ladlam, Pol Teru, Pablo Koeljo czy Dż. K. Rouling.
I takie jest właśnie jeżdżenie po Bośni i Hercegowinie. Słodko-gorzkie.
Z tą myślą zbliżaliśmy się do Sarajewa.
(fot. ajdekato&sempeck)


































Ciekawa relacja. Czekam na część dalszą …
Big help, big help. And spueraltive news of course.