A tymczasem, chyłkiem chyłkiem, wsiadamy do pociągu nach Berlin.
Archiwum Sierpień 2010
Bośniacko-hercegowiński mix obrazkowy
wtorek, 31-08-2010Sarajewo, stolica baśni… znaczy Bośni
poniedziałek, 30-08-2010Capajebo, choć brzmi dziwnie, to nie dzielnica, a po prostu „Sarajewo” zapisane cyrylicą. Jeśli ktoś takich rzeczy nie wie, może natknąć się tu na wiele dziwów,
czasem nawet bajkowych, jak te latające dywany
albo gigantyczne figury,
czy też śpiewające Dzikie Truskawki.
Sarajewo to sładowisko przedmiotów magicznych,
gdzie wciąż spotyka się czarownice na miotłach
i bohaterów z importu.
Błądząc wąskimi uliczkami można zobaczyć bazyliszka,
natknąć się pamiątki po niebezpiecznych czasach
i skosztować magicznego pokarmu zwanego burkiem, który wcale nie jest z psa.
Dzięki niemu gwiazdorzy są nieśmiertelni,
ale ludzie niestety tak.
Na szczęście można tu znaleźć ukojenie w modlitwie,
napawać się magicznym widokiem,
i poczuć czarującą atmosferę.
A mimo to, nie wiedzieć czemu, niektórzy mają już tej baśni (znaczy Bośni) dość.
(fot. ajdekato&sempeck)
Bałkańskie fotostory
środa, 25-08-2010Myślami jestem już na antypodach i jakoś nie mogę zabrać się do porządnej relacji z bośniackiej podróży. Cóż, nie zawsze wszystko da się opisać. Czasem muszą wystarczyć fotki i trochę dźwięków.
Zacznijmy od czegoś wesołego. Na festiwal trębaczy w Banja Luce nieźle dawali czadu:
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Były też oczywiście piękne widoczki.
Na południu dojechaliśmy do morza, Hercegowina ma dostęp do 10 kilometrów wybrzeża (!), a na północy wpadliśmy na walki byków, zwane tu „koridą”.
Poczuliśmy się na tyle bezpiecznie, że przespaliśmy większość nocy w samochodzie zaparkowanym na poboczu.
Trzeba jednak pamiętać, że Bośnia i Hercegowina nie jest do końca normalnym krajem. Podzielona jest między Serbów, Chorwatów i Muzułmanów, dlatego w zależności od rejonu, kawa może nazywać się kafa, kava lub kavha.
W lasach ciągle są miny, a cmentarz w pobliżu Srebrenicy wciąż zapełnia się nowymi szczątkami odnalezionymi w masowych grobach.
Mimo tak bolesnej przeszłości, w serbskiej części Bośni propaganda narodowościowa nie ustaje.
Jedną z niewielu rzeczy, które wydają się łączyć narody, jest wspomnienie bohaterskich partyzantów z czasów II wojny światowej. Choć też nie do końca. Jest kilka śmiesznych historii z tym związanych.
W miejscowości Jajce marszałek Tito tworzył podwaliny swojego państwa. I choć w innych związanych z nim miastach zmieniano nazwy dodając jego imię (Titova Mitrovica, Titovo Užice), nikt nie odważył się zmienić nazwy na Titove Jajce.
Miasto Travnik też ma śmieszną nazwę, ale mimo wszystko życie toczy się tu normalnie (w miarę).
Niektórzy jednak w ułatwianiu sobie życia poszli za daleko. Nazwiska autorów tłumaczonych książek pisane są fonetycznie: Robert Ladlam, Pol Teru, Pablo Koeljo czy Dż. K. Rouling.
I takie jest właśnie jeżdżenie po Bośni i Hercegowinie. Słodko-gorzkie.
Z tą myślą zbliżaliśmy się do Sarajewa.
(fot. ajdekato&sempeck)
Jeszcze nowszy rozdział
poniedziałek, 23-08-2010
Rok w Nowej Zelandii. Taki pomysł.
Brzmi nieźle, ale szczerze mówiąc – to nasz cały plan. Nie mamy nic więcej. Zdaje się, że będziemy mocno improwizować.
Na razie wykupione loty dowiozą nas do Australii. Za tydzień śmigamy z Berlina do Londynu (choć jeszcze nie wiemy jak dostaniemy się do niemieckiej stolicy), potem, po kilku godzinach i kilku filmach z laptopa, wsiadamy w samolot Air Asia do Kuala Lumpur i wygląda na to, że spędzimy tam noc.
Żeby wzbudzić jeszcze większą niepewność, właśnie odwołali nam lot z Malezji do australijskiego Perth. Na szczęście udało się przenieść na następny.
Zatem w niedzielny, wczesny poranek, kiedy w Polsce będzie jeszcze trwało szaleństwo sobotniej nocy – my dotkniemy australijskiej ziemi. W Perth. Siedem lat temu spędziłem tam rok. Wyobrażam więc sobie, że dobrze będzie na chwilę wrócić i zobaczyć co się zmieniło.
A potem? Może do Auckland, może do Wellington. Będziemy losować.
I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Choć też najbardziej przerażające.

(fot. ajdekato)
Lecimy!!!
środa, 04-08-2010
Już za miesiąc!
Festung Neisse
niedziela, 01-08-2010Gdy inni wspominają walkę o Warszawę, my zdobywamy naszą Twierdzę.
























































